Wciąż wokół Kapuścińskiego. Bardzo wokół. Tak bardzo, że Kapuścińskiego już nie widać. Teraz chodzi między innymi o reportaż. O to, że reportaż jest przede wszystkim KOGOŚ, a dopiero później O CZYMŚ. Zawsze wydawało mi się to oczywiste, ale okazuje się, że to jedynie teza, której trzeba bronić. I to nie bronić byle jak. Tutaj potrzebne są solidne działa. Dlatego – w wolnym czasie (?) – wytapiam je.
* * *
Nawiasem mówiąc, w komentarzach czytelników na gazeta.pl Artur Domosławski określany był już mianem pisowskiego sługusa (i wiele innych w ten deseń). To chyba oznaka przetresowania komentujących (nie mylić z komentatorami), bo tak się już w ferworze walki pogubili, że gryzą nawet swoich. Ale sam mechanizm jest ciekawy. Jeśli ktoś coś odkrywa, demaskuje, ujawnia, to od razu uruchamia się automatyzm: pisowiec, ipnowiec, teczkowiec. Aż strach powspominać dzieciństwo.
* * *
Agata Tuszyńska udzieliła wywiadu w Metrze. Strasznych rzeczy naopowiadała. Sednem jest – dla mnie – to zdanie: Kto jedzie w podróż śladami mistrza, by udowodnić, że tamten oszukiwał czytelnika? Jak to kto? Zły biograf. Ale dobry biograf to nie taki biograf, który jedzie, żeby udowodnić, że obiekt biografii nie oszukiwał czytelnika. Dobry biograf jedzie, żeby się dowiedzieć i napisać o tym, czego się dowiedział. Zły jedzie, żeby udowodnić coś, co sobie założył, żeby móc napisać pod tezę. Domosławski – takie odnoszę wrażenie po lekturze około 150 stron książki – nie pisał pod tezę. Teza przyszła sama, wynikła ze spostrzegawczości, z myślenia out-of-the-box, poza przyjętymi schematami. Dostrzegł braki, nieścisłości (czasami szalenie oczywiste, aż dziw, że nikt ich – przynajmniej w Polsce – nie dostrzegał). I napisał. Obiektywnie (haha)? Oceniająco? Uczciwie? Plując jadem? Hm. Ocena cząstkowa póki co, bo do końca księgi daleko, ale najwłaściwsze słowo, jakie na tym etapie znajduję to, mimo wielu uwag – rzeczowo.
* * *
Na półce mam Krzywicką. Długie życie gorszycielki Agaty Tuszyńskiej. Szkoda, że Krzywicka musi jeszcze poleżeć, bo moment jest doskonały: Autorka w kilku zdaniach przedstawiła swoją optykę, więc wiadomo, jak czytać (Jak czytać? Czytać pod tezę!). Powiedzmy jednak, że Krzywicką już otworzyłem, a teraz, jak wino jeszcze w butelce, musi trochę pooddychać, nim zostanie przelana do kieliszka.

Recently I’ve upgraded my A/V storage disk from 1TB to 2TB (size of modern HDDs are amazing…), and I had to transfer data from one disk to another in some way. Easiest was of course to simply use cp to copy the whole directory structure. But as USB interface is slow enough, I wanted to employ any possible method to speed things up.
From the old times as a sysadmin I’ve remembered that copying, doesn’t matter local or over the network, was faster if data was copied in chunks – that was true especially when having a lot of small files.
So, to kill two birds with one stone, I employed… tar. Yeah, it’s a very versatile tool – in some time I’ll describe how to use it as a part of a network encrypted backup solution. But here, I used only two instances of tar. You have to remember that if you specify absolute path to the directory you want to transfer, tar will record all elements of the path, only stripping “/” from the beginning. So there are two ways: either record whole path and strip it when “decompressing”, or not to include it at all.
Lets assume that we’re copying data from /media/external0 to /media/external1.
First option:
cd /media/external1 tar cf - /media/external0 | tar x -f - --strip-components=2
Second option:
cd /media/external0 tar cf - * | tar x -C /media/external1 -f -
The first tar command “compresses” the data (either from given directory or from the current one), sends it to the standard output, which goes into the second tar’s input, which decompresses it into the target directory.
To see the progress, you can put cpipe application in the middle like that:
tar cf - /media/external0 | cpipe -vt | tar x -f - --strip-components=2
One note on an improved performance using this method. I didn’t do any benchmarks, but it shouldn’t be worse than a standard cp. tar will be better if the OS is not using any smart pre-buffering. Also I’ve decided to write this entry as an introduction to a future one about over-the-net backup using tar
Do tej pory, żeby sprawdzić kiedy dotrze (a nawet kiedy wyjdzie z mojego banku, żeby wydrukować potwierdzenie) przelew, pracowicie sprawdzałem listę sesji Elixir dla odpowiedniej pary banków. Teraz jest trochę łatwiej – wystarczy wejść na stronę http://kiedykasa.pl/, wpisać godzinę wysłania przelewu, bank źródłowy i docelowy – i już.
Trochę mniej atrakcyjny wizualnie, ale za to operujący na numerach kont – zamiast wybierania banku można wkleić numer konta – jest serwis http://przelewam.pl/. Jest to opcja przydatna jeśli na przykład nasz system bankowy nie pokazuje do którego banku idzie dany przelew, albo po prostu już zamknęliśmy okno. Można też wykorzystać ten serwis po prostu do sprawdzenia gdzie konto o danym numerze jest prowadzone.
Za: http://bartowski.pl/jaki-to-bank/
If you ever wondered if it’s possible to keep screen from blanking/locking while the device is plugged into a charger, the answer is yes, it is possible, without any additional apps. Only the setting for this is strangely placed. To enable this feature, go into Menu → Settings → Applications → Development and tick “Stay Awake”. That’s it.
Poczta Polska gra w bardzo ciekawą grę pt. “Zgadnij co zrobię z poleconym” – niestety nie znam zasad tej gry. Możliwe, że ich nie ma, a zachowanie jest losowe, ew. jest powiązane z regułą najmniejszego wysiłku.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy listonosze przestali się bawić w doręczanie listów poleconych do rąk własnych, jak by można po liście poleconym się spodziewać, ale po prostu wkładali je do skrzynek na listy. Owszem, można sobie zażyczyć taką usługę poprzez wypełnienie na poczcie stosownego formularza – ma to sens jeśli na przykład w godzinach wędrówek listonoszy nigdy nie jest się w domu, a adresatowi nie przeszkadza że listy te trafią do skrzynki. Tylko że ja żadnej takiej prośby nie wyrażałem!
Swego czasu stałem w kolejce na poczcie po odbiór awizowanego listu (kolejki na poczcie to rzecz nieśmiertelna – są zawsze), i słyszałem pana, który skarżył się kierowniczce, że on składał oświadczenie, że chce żeby jego polecone trafiały do skrzynki, a listonosz uparcie zostawiał awizo.
Jest jeszcze trzecia opcja w pocztowej grze – awizo w skrzynce, nawet jeśli cała rodzina była w domu, wiec argument “mieszkanie zamknięte” (tak ostemplowywane są na poczcie przesyłki, jeśli listonosz nie zastał nikogo pod adresem docelowym) brzmi śmiesznie (nota bene z argumentu tego korzystają bardzo często niewyrabiający się z dostawami kurierzy). Któregoś razu moja rodzicielka wracając do domu trafiła na listonosza, który zostawił przed chwilą awizo – okazało się, że on nawet nie wziął przesyłki ze sobą z poczty. W takiej sytuacji fakt, ciężko przesyłkę dostarczyć, jeśli się jej fizycznie nie ma.
Powiedzmy że rozumiem, że listonosze się nie wyrabiają, mają ciężkie torby, muszą przez błoto i deszcz doręczać przesyłki, ale to nie mój problem – ja (czy też ktokolwiek inny, wysyłający do mnie listy) płacę za konkretną usługę, i oczekuję jej realizacji. Nie obchodzi mnie, że ktoś ma bajzel w papierach i nie wie do kogo doręczać polecone do rąk własnych, a do kogo trzeba podreptać na 10-te piętro. Nie obchodzi mnie, że listonosze nie wyrabiają się z terminami, i żeby zaoszczędzić czas nie drepczą na te 10-te piętro. Jeśli jest za mało listonoszy a PP nie stać na zatrudnienie nowych, to albo usługi pocztowe są zbyt tanie, albo nasz monopolista jest źle zarządzany (ciekawe czemu instynktownie czuję która odpowiedź jest prawidłowa?).
Podsumowując, ta firma, ze swoim poziomem usług, musi paść.
Przy okazji polecam lekturę artykułu “e-biznes z pocztą polską – dramat w kilku aktach!” na AntyWebie, gdzie opisane są perypetie biznesowego klienta PP.
[UWAGA: SPOILER! Proponuję czytać po obejrzeniu filmu.]
W kinie na Autorze widmo Romana Polańskiego. Film zmierza już ku końcowi, główny bohater ocalał, udało mu się wydostać ze spirali wydarzeń, które mogły zakończyć się jego śmiercią. Ulga. Już go nie gonią, nie dybią na jego życie, nie musi się ukrywać. Ale nagle – olśnienie. Odkrywa coś, czego wcześniej nie dostrzegał. I co robi? Powinien siedzieć cicho. Z systemem nie wygra. Nawet jeśli rozegra to po mistrzowsku. Więc najlepiej – gęba na kłódkę. Ale on o tym, że wie, że odkrył prawdę, informuje – nawet nie media, nawet nie właściwe organa, jeśli takie w ogóle istnieją – tylko swoich oprawców! Tak, sam sobie przykleja tarczę strzelecką na plecach, po czym daje nogę. Niech gonią. I ta gonitwa, podnieta pościgu, musiała go solidnie chwycić, musiał mu przypaść do gustu ten dreszcz emocji. Idiota, ale jeszcze bardziej go polubiłem. Szkoda, że na krótko.

Białą gorączkę Jacka Hugo-Badera czytałem powoli. Po kilka stron na raz, nie więcej. Problemem nie był styl (a styl JHB ma – proszę nie traktować tego jako obelgi! – nieliteracki, surowy, reporterski). Chodziło raczej o zbyt wysoki współczynnik nieszczęść na stronę tekstu (jednostka N/S, nieszczęść na stronę; u JHB czasem współczynnik N/S był tak wysoki, że za niektóre strony powinien dostać mandat). Ale – wspomnieć należy – że tu i ówdzie Autor lojalnie przestrzega:
W tym tekście czterdzieści cztery razy pada słowo “umrzeć”, “zabić”, “śmierć”. Jedenaście razy słowo “karabin”, piętnaście razy słowo “wódka” i tylko jeden raz słowo “miłość”, do tego nieszczęśliwa (Hugo-Bader 2009: 153).
Rzeczony tekst ma 21 (sic!) stron, a ponieważ dotyczy Ewenków, rdzennego ludu zamieszkującego południową Syberię, trzeba dodać, że słowo “wódka” to w zasadzie synonim słów ze zbioru “umrzeć”, “zabić”, “śmierć” (bo tolerancja Ewenków na alkohol, między innymi ze względu na dietę, jest dużo mniejsza niż nasza, co czyni wódkę – trucizną, cyklonem B).
Do katalogu nieszczęść opisanych w książce – poza nędzą, wypadkami, rozbojami, oszustwami, gwałtami, zabójstwami, niewolnictwem, złodziejstwem, narkomanią, chorobami, itd. – dopisać też trzeba tę olbrzymią, ruską, komunistyczną głupotę, tak wielką, jak sama Rosja. Przykład:
W 1961 roku, na dwa miesiące przed XXII Zjazdem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, Chruszczow postanowił niczego nie zaniedbać. To miał być historyczny zjazd, który przyjmie program budowy komunizmu. Potrzebny był zupełnie nowy koniak. Osobiście zadzwonił do zakładów Kvint w Tyraspolu.
- Dwa miesiące [wytłuszczenia moje - WW], towarzyszu sekretarzu? – dukał w słuchawkę telefonu dyrektor Aleksander Podogin. – Markowy koniak dziesięciu lat… potrzebuje. Potem odpoczywać co najmniej rok… To może na XXIII zjazd byśmy…
- To będzie zjazd, który na tysiąc lat zaprogramuje szczęśliwy rozwój ludzkości – zaryczał Chruszczow – a wy tu, towarzyszu, liczycie miesiące jak lichwiarz! (Jacek Hugo-Bader 2009: 298)
Ręce opadają (choć to zabawne i straszne zarazem). Podobnie zresztą jak ten fragment dotyczący biznesu w Republice Naddniestrzańskiej:
- Spółka Szeryf to potężne imprerium – mówi Andriej Safonow, były minister edukacji – oligarchiczne monstrum gospodarcze o urodzie mafijnej ośmiornicy, które zostało monopolistą.
- W czym?
- W gospodarce.
- Ale na co mają monopol? – nie mogłem zrozumieć. – Nie można mieć monopolu na wszystko.
- Ale oni mają. To struktura najbliższa władzy, które nie ma żadnej konkurencji. A jeśli konkurencja się pojawia, jest likwidowana.
- Jak?
- Fizycznie – mówi Safonow i przykłada palec do skroni, a potem strzela (Hugo-Bader 2009: 310).
Uf. Cieszę się, że dobrnąłem do końca. Książka jest ciekawa i można się z niej sporo dowiedzieć, ale polecać ją komuś, to jak polecać za długi pobyt na karuzeli. Pod koniec już się nie pamięta, że miało być przyjemnie (przyjemnie na karuzeli?!?) i chce się tylko wysiąść. Dlatego w tym półroczu żadnych więcej książek o Rosji, o!
(Chyba przesadziłem z nawiasami).
Hugo-Bader, Jacek. 2009. Biała gorączka, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne.

by Trochej (noreply@blogger.com) at February 24, 2010 09:33 AM
Upowszechnienie każdego nowego medium wydaje się pociągać za sobą jego trywializację. I przestawianie się użytkowników bardziej na odbiór, niż kreację i współtworzenie.
Trochę przykro patrzy się na tę degrengoladę. Objawy są delikatne, ale z perspektywy schyłku pierwszej dekady XXI wieku niepokojące. Pod koniec ubiegłegu wieku trendy było mieć bloga. Pisać długie teksty, dzielić się przmyśleniami, opisywać świat. Miliony amatorów grafomanów przestały pisać do szuflady, wypełniając internet tekstem.
Niedługo potem “strony domowe dla mas” zaoferował MySpace. Możliwość dekorowania kawałka internetu po swojemu, obsługa prostsza niż Geocities czy innych hostingów, przyciągnęły użytkowników ćwierci miliarda kont.
Na chwilę przed startem MySpace padła na pysk idea TabletPC. W założeniu bardzo sensowna, wręcz rewolucyjna. Zmniejszyć przenośny komputer o połowę &mdash wyciąć klawiaturę, połączyć wejście z wyjściem i interakcję z użytkownikiem prowadzić wprost na ekranie. Dlaczego dekadę temu się nie udało?
Wejście. Nie przyjął się komputer, na którym wpisywanie tekstów dłuższych niż pojedyńcze zdania było nieprzyjemne i powolne. Świat nie był gotowy na wyzbycie się możliwości wyrażania siebie. Kto jest na tyle szalony, żeby kilkustronicowe wpisy wklepywać na ergonomicznym odpowiedniku klawiatury telefonu…
Wróćmy do 2010, ostatniego roku pierwszej dekady. Coś się stało. Format TabletPC nagle wraca. Znikąd pojawiają się tablet MSI, Lenovo IdeaPad U1, HP Slate i inne JooJoo. I nie mają klawiatur. Ale korzystanie z internetu wygląda teraz inaczej, niż parę lat temu.
Personalizacja z MySpace jest zbyt skomplikowana dla typowego użytownika. Teraz wystarcza jedyny słuszny układ profilu na Facebooku. Nikt nie chce kolorować tła, wystarcza wrzucenie nieobrobionego zdjęcia i kilku słów statusu.
Bo czy ktoś jeszcze lubi dużo pisać? Blognotki są passe. Twitter wykazał, że ludziom do wyrażania się wystarczy 160 znaków. A może nie tyle wystarcza, co zanika umiejętność konstruowania dłuższych wypowiedzi. Już nie ma po co tworzyć, wystarczy kilka słów i ewentualny repost. Do perfekcji doprowadził to Soup.io. Tam już nawet nie trzeba repostować, można wejść na Soup (nomem omen) TV i korzystać z internetu całkowicie biernie.
Jakkolwiek pomysły na zapobieganie przeciążeniom łącza z TCP ocierają się o sztukę, to zawężenie interakcji z internetem tylko do wysyłania pakietów z flagą ack… czy to jest kierunek zmian? Czy za kilka lat korzystanie z sieci ograniczy się do do klikania Next na serwisach pokroju ChatRoulette, a korzystać z klawiatury będą umiały tylko dinozaury?
Wyzłośliwiałem się już parokrotnie – chociażby przy okazji recenzji książki Krzysztofa Mroziewicza – na laurki wystawiane Ryszardowi Kapuścińskiemu. Nie mam mentalności budowniczego pomników. Nie mam też mentalności destruktora i gnębiciela. Nie lubię ludzi ani wysoko na cokołach, ani głęboko w bagnie. Bo prawdziwi ludzie są zawsze pośrodku. I tacy są najciekawsi, takich lubię. Lubię, gdy są cali, gdy są w pełni – trudni, uwikłani, lawirujący, walczący, wątpiący, trochę dumni i trochę upokorzeni. Takich szanuję, o takich myślę, takich podziwiam.
Dlatego czekałem – czekam – niecierpliwie na biografię Kapuścińskiego autorstwa Artura Domosławskiego. I jednego, i drugiego czytam od lat. Domosławskiego posądzałem już wcześniej – choć chyba nigdy publicznie – o dużą dozę niezależności i, jak się okazuje, najwyraźniej miałem rację. Wydaje się, że żona Ryszarda Kapuścińskiego, Alicja Kapuścińska, uznała, iż powiedział za dużo i w efekcie stara się sądownie jego publikację zablokować. Nie mnie oceniać Jej decyzję. Na pewno nie była łatwa. Podobnie jak łatwa nie mogła być decyzja Domosławskiego o tym, jak tę biografię napisać.
Wróćmy do Ryszarda Kapuścińskiego. W sporze “mówić” – “nie mówić” jestem w tym pierwszym obozie. I mówię to z perspektywy osoby, która wie, że gdyby nie książki Ryszarda Kapuścińskiego – byłaby trochę inna, uboższa. Jednocześnie jest to perspektywa osoby, która Kapuścińskiego traktuje jak partnera i ożywia go trudnymi pytaniami, wątpliwościami, czasem podziwem i czasem złością, ale nigdy – dymem z kadzideł wydobywających się przy ołtarzyku.
Jeśli ktoś myśli, że facet, który trafia do Afryki z tak słabą podstawą jeśli chodzi o wiedzę (choć być może nie doceniam oferty edukacyjnej okresu stalinizmu), który trafia tam z tej strony żelaznej kurtyny, trafia tam praktycznie bez znajomości języków, bez obycia, ze służbami na karku, ze śmiercią w tle, jeśli ktoś myśli, że taki facet przeprowadza tam uczone wywiady z rzezimieszkami potrafiącymi jedynie wymachiwać maczetą oraz z absolwentami angielskich i amerykańskich szkół (vide: Kwame Nkrumah), wyprzedzających go językowo i merytorycznie o kilka długości, jeśli ktoś myśli, że ten facet wtedy był prymusem z dzisiejszych standardów dziennikarskich, to ja mu chętnie podam rękę i pogratuluję niebywałej naiwności. Wielkość Kapuścińskiego nie polega na tym, że ktoś go nazwał dziennikarzem stulecia, że ktoś mu przypiął jakiś medal, albo dał jakiś dyplom. Jego wielkość polega na tym, że był nikim, że zaczynał z tragicznie słabej pozycji, że był skazany na porażkę, a osiągnął tak wiele mimo ogromnej liczby przeciwności, mimo przeszkód i utrudnień. I bez pokazania tych przeszkód i utrudnień – oraz tego, jak się z nimi zmagał, jak im ulegał i jak stawiał opór – Kapuściński pozostanie uproszczony, zredukowany, zbanalizowany.
Jeśli ktoś czyta Kapuścińskiego, żeby podszkolić się z geografii lub z historii, żeby wynotować sobie fakty i fakciki, żeby stać się domorosłym ekspertem od krajów Trzeciego Świata – niech lepiej odłoży te książki z powrotem na półkę. Nie po to – moim skromnym zdaniem – je Kapuściński napisał i nie taki ma być ich przekaz. Nie chcę budować jedynie słusznej wykładni, ale gdyby ktoś poprosił mnie o radę, jak Kapuścińskiego czytać, powiedziałbym: wbij sobie do głowy to: “…tylko życzliwość do drugiej istoty jest tą postawą, która może poruszyć w niej strunę człowieczeństwa” (Kapuściński 2006: 75), a potem – czytając – obudowuj ten cytat, doklejaj warstwy, staraj się zrozumieć, zbudować kontekst, a gdy już pojmiesz – traktuj go jako dyrektywę, kieruj się nim w życiu. Bo to ważniejsze, niż wiedza o tym, w którym roku była jakaś rewolucja, albo jak nazywał się jakiś prezydent.
Przy okazji, sytuacja ta pięknie pokazuje, jak media mainstreamowe budują wizerunki, jak tworzą tzw. “autorytety” w oparciu o mechanizm odmowy wiedzy, przysłaniając ciemne karty i do obrzydzenia eksponując te pozytywne, nie pozwalając, żeby coś innego – dwuwymiarowego, niejednoznacznego, wymagającego myślenia – przedostało się do odbiorcy (i jakże hermetyczny jest to system! jak doskonale zamknięty! jak trudno jest coś poza jego obręb wydobyć, cokolwiek ujawnić!). Inna sprawa, że trzeba mieć talent, kulturę i wyczucie, żeby z błota ulepić coś, co zamiast wyzwolić złe emocje, pozwoli spojrzeć dalej i szerzej. Ufam, że Artur Domosławski podołał.
Więcej:
UPDATE (14:45): PS. Przeczytałem właśnie notkę Artura Domosławskiego o filmie “Towarzysz Generał”. Ciekawa rzecz dla analityków dyskursu. Ktoś mógłby się pokusić o metapoziomowe porównanie argumentów przeciwników książki Domosławskiego z argumentami Domosławskiego przeciw filmowi.

As I've mentioned a while ago, I try to use powershell (1.0) on daily basis.
Recently I had strange problem regarding Execution Policy.
I've started powershell as admin, executed Set-ExecutionPolicy RemoteSigned. Then I've started powershell under console2 as a normal user.
To my suprise running Get-ExecutionPolicy returned Restricted
First explanation, solution below: I'm running 32bit version of Console2 on x64 version of vista. Since console2 starts powershell, it's also treated* as a 32bit application, so requests to HKLM\Software\ because of WOW64 goes to HKLM\Software\Wow6432Node.
These are totally independent registry keys, so when I've started powershell as Admin, changing execution-policy, changed only the first key (since powershell.exe is a 64bit application).
*Edit: Of course under console2, 32bit version of powershell is also started due to WOW64.
Solution is pretty simple, start Console2 as Admin, and then change execution policy.
Hope that helps anybody ;)
Przez Bydgoskie od Asnyka (wizyta w Katedrze Logiki; jeśli ktoś szuka logiki na Bydgoskim, to chyba tylko tam) przez Park Bydgoski i ulicę Popiełuszki po Stare Miasto, które atakuję od Wisły, przez Bramę Klasztorną. Cała droga – obrzeżami.
Z Parku:
Dalej: pan wspinał się jakby do nieba, z przystankami co kilka schodów, z momentami, gdy cały swój ciężar opierał na lasce. Tutaj jego pierwsze, dziarskie kroki tuż po wejściu na szczyt:
Nie potrafię skojarzyć dlaczego, ale to zdjęcie przypomina mi o Tadeuszu Różewiczu.
A wszystkiemu, jak zwykle, przyglądają się koty:
Czarne na białym?
* * *
Z eM. i Lu. słuchamy jak Bałkany Śpiewają. Ja – amator; eM. kręci nosem, bo dużo słyszała i wie, że to nie jest szczyt ich możliwości, a Lu. zbyt długo była nad Sekwaną, żebym mógł łatwo uchwycić Jej miary. Mimo różnic myśl przewodnia jest jedna i wspólna: dziesiąty semestr jak pierwszy.

by Trochej (noreply@blogger.com) at February 11, 2010 03:34 PM
Do rejestrowania się w różnego typu serwisach internetowych (rany ale ja nie znoszę tego rejestrowania się…) używam różnych adresów email – osobny dla każdego serwisu. Jedna z moich domen jest ustawiona w tryb catch-up, czyli zbiera emaile z wszystkich adresów, niezależnie co będzie napisane przed małpką. W ten sposób, bez dodawania za każdym razem nowego adresu, przy rejestracji podaję adres nazwa_serwisu@domena.
Rejestrowałem się tak od dawna, czekając kiedy któryś z tych adresów “wypłynie”. No i się doczekałem. Wcześniej owszem, dostawałem spamy teoretycznie od innych firm niż te, którym adresy dawałem, ale zawsze w ten czy inny sposób firmy te były powiązane, tudzież sprawa odbywała się zgodnie z regulaminem serwisu. A teraz dostałem email, który jest ewidentnym leceniem w kulki. Na adres plfoto@mojadomena dostałem reklamę odtwarzacza AllPlayer. W stopce tego mailingu jest dopisek “Otrzymałeś/aś tę wiadomość, ponieważ jesteś zapisany/a do newslettera ALLPlayer.org.” – to akurat odkryciem nie jest. Pytanie tylko czemu jestem do niego zapisany/a? Oczywiście, mogłem się kiedyś przez przypadek, z rozpędu, czy nawet rozmyślnie zapisać na ten newsletter, tylko czemu przy rejestracji bym podawał adres “plfoto”?
Nieładnie, panowie i panie plfoto, nieładnie.
PS. to już jest drugi spam, który dostałem od firmy niezwiązanej z plfoto na adres, który podałem przy rejestracji w tym serwisie, ale już nie pamiętam czego dotyczył pierwszy, więc nie będę się na niego powoływał.