by Trochej (noreply@blogger.com) at September 01, 2010 12:01 PM
by Trochej (noreply@blogger.com) at September 01, 2010 12:01 PM
Energy Biosciences Institute przy University of California w Berkeley opublikowało wyniki swoich badań związanych z wyciekiem ropy w Zatoce Meksykańskiej po zatonięciu platformy wiertniczej Deepwater Horizon należącej do koncernu BP. Naukowcy stwierdzili, że w Zatoce pojawiła się nowa bakteria pożerająca ropę. W dodatku bakteria ta funkcjonuje bez znaczącego uszczuplania zasobów tlenu (bardzo ważne, bo brakiem tlenu tłumaczy się śmierć tysięcy ryb w Zatoce).
Krótko mówiąc: super-dobre wiadomości. Bakterie zjedzą wyciek ropy! BP może odetchnąć z ulgą. My też. I ryby również mogą odetchnąć.
Aha, jeszcze jedno. Zapomniałem dodać, że Energy Biosciences Institute to jednostka powołana do życia przez… BP. Grant od koncernu opiewa na sumę 500 milionów dolarów przez 10 lat (źródło: ProPublica). (Nie żebym nie dowierzał naukowcom, ale ja za 500 milionów dolarów mógłbym nawet zaświadczyć, że w Zatoce pojawiła się ropożerna robo-godzilla z kosmosu z gigabasenem tlenowym dla ryb, wielorybów i żab, uzbrojona w strzelającą ropożernymi bakteriami bazuką wyprodukowaną na Alfa Centauri.)
* * *
Dlaczego Amerykanie zrzucili bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki? Bo ich naloty bombowe na japońskie miasta podczas drugiej wojny światowej były tak skuteczne, że trudno było znaleźć inne – nadające się jeszcze do zbombardowania – cele. (Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać.)
* * *
21.08.10. 2:26. Całą noc szczekają psy. P.: Dexter chodzi.
Czasem określony temat jest jak (zbyt wierny) pies. Chcesz, żeby sobie poszedł, żeby przestał merdać ogonem, żeby nie wchodził już w drogę. A on wraca i nie da się odpędzić. Tak jest z nieszczęsnymi Amerykanami, z którymi żegnałem się w ostatniej notce. Wrócili (na szczęście tylko w tekstach, a nie w B-52).
Mianowicie, wpadł mi w ręce (to znaczy w przeglądarkę) wstęp do książki Andrew Bacevicha Washington Rules: America’s Path to Permanent War. Jako amerykański żołnierz stacjonujący w Niemczech w 1989 roku, Autor miał okazję samodzielnie zrewidować wpajaną mu wizję sowieckiego imperium i porównać komunistycznego trupa z wciąż żywymi wyobrażeniami na jego temat. Bacevich – obecnie profesor historii i stosunków międzynarodowych na Boston University – przebudził się tak mocno, że nie tylko zaczęło go zastanawiać, dlaczego źle postrzegał „ich”, czyli wschodnią stronę Żelaznej Kurtyny, ale również, dlaczego źle postrzegał „nas”, czyli Amerykanów:
How could I have so profoundly misjudged the reality of what lay on the far side of the Iron Curtain?
Had I been insufficiently attentive? Or was it possible that I had been snookered all along? Contemplating such questions, while simultaneously witnessing the unfolding of the “long 1990s” — the period bookended by two wars with Iraq when American vainglory reached impressive new heights — prompted the realization that I had grossly misinterpreted the threat posed by America’s adversaries. Yet that was the lesser half of the problem. Far worse than misperceiving “them” was the fact that I had misperceived “us.” What I thought I knew best I actually understood least (źródło: TomDispatch.com).
Zaczął więc rozbierać na drobne elementy fundamenty myślowych konstruktów napędzające amerykański sposób postrzegania świata i prowadzenia polityki. Pierwszy komponent, amerykańskie credo, to założenie, że Stany Zjednoczone (TYLKO Stany Zjednoczone) powinny przewodzić, ratować, uwalniać i zmieniać świat. Jako przykład artykulacji tego stanowiska podaje Bacevich tekst Henry’ego R. Luce opublikowany w Life w 1941 roku. Luce tak pisał o czymś, co określił mianem „Amerykańskiego Stulecia”: Amerykanie powinni całym sercem zaakceptować swój obowiązek wywierania wpływu na świat w taki sposób, jaki uważają za słuszny i takimi sposobami, jakie uznają za słuszne (za: TomDispatch.com; tłumaczenie moje). Ten sposób politycznego myślenia i wyrażania światowej misji USA stał się tak samo obowiązkowy, jak odwoływanie się do Boga.
Wszyscy wiemy (choć najlepiej wiedzą między innymi Irakijczycy, Afgańczycy, Wietnamczycy…), jakie sposoby Amerykanie uznali za słuszne. Trzy kluczowe elementy tej filozofii to 1) przekonanie, że istnienie międzynarodowego porządku wymaga od Amerykanów utrzymywania globalnej wojskowej obecności, 2) założenie, że amerykańskie siły zbrojne muszą stale odtwarzać przedstawienie pod tytułem „Amerykańska globalna potęga”, oraz 3) wiara, że przeciwstawianie się istniejącym, przewidywanym (i wyimaginowanym?) zagrożeniom wymaga polityki globalnego interwencjonizmu. Credo i płynące z niego wnioski to esencja myślenia w stylu „Amerykańskiego Stulecia”.
Dlaczego ten temat jest obecnie ważny? Skąd dziesiątki książek na ten temat? Bacevich odpowiada krótko: The curtain is now falling on the American Century. Pytanie, kto teraz będzie odgrywał pierwsze skrzypce. I jaką zagra melodię.
(Mam nadzieję, że teraz już naprawdę koniec z tym tematem. Na zakończenie trzeba przyznać, że Henry Luce był całkiem przenikliwy. Zamiast wymyślać bzdury o tysiącu lat przywództwa Ameryki, mniej więcej trafnie określił okres świetności. Sto lat. I do szeregu.)
Skończyłem A People’s History of the United States Howarda Zinna. Ta książka to liczący 700 stron akt oskarżenia, traktat potępiający wszystkie kolejne rządy Stanów Zjednoczonych, wraz z całym ich korporacyjnym oraz militarnym zapleczem. Zinn pokazuje, jak Republikanie i Demokraci zbudowali konsensus w kwestiach takich jak polityka międzynarodowa, podatki, pomoc socjalna, czy wspieranie korporacji i przemysłu militarnego. Konsensus ten powoduje, że bez względu na to, który kandydat wybory wygra – interesy kluczowych graczy zawsze będą dobrze zabezpieczone.
Co więcej, Zinn opisuje, jak ponadpartyjna zgoda prowadziła (i nadal prowadzi) do drenażu zasobów – od pieniędzy, przez godność, po fizyczną wolność – najbiedniejszych obywateli; jak rzeczone porozumienie skutkuje powtarzanymi z zadziwiającą regularnością zbrodniczymi pokazami siły na całym świecie (co kończy się kolejnymi tysiącami zabitych). Zinn nie przyjmuje optyki ani Republikanów, ani Demokratów. Patrzy z perspektywy ostatniego ogniwa, czyli rodziny, której odmawia się pomocy, bo potrzeba pieniędzy na „zrównoważenie” budżetu militarnego, lub z perspektywy człowieka, któremu ni stąd ni zowąd spada na głowę amerykańska bomba.
Wniosek Zinna – jak sam zaznacza: jest to raczej nadzieja, niż próba przewidzenia przyszłości – jest taki, że Amerykanie w końcu się przebudzą. Od wojny w Wietnamie społeczny opór powoli rośnie, powoli pojawiają się wyrwy w establishmencie, mityczna zdolność Amerykanów do samoorganizacji powoli znajduje również zastosowanie w organizowaniu się przeciw rządowi, który zamiast dbać o obywateli, poświęca się takiemu (zbrojnemu) ustawianiu pionków na światowej szachownicy, aby korpo-Ameryka miała z tego jak najwięcej profitów.
Zinn stwierdza, że strażnikami tego systemu są wszyscy obywatele: nauczyciele, kierowcy, policjanci, sprzedawcy, taksówkarze, drobni przedsiębiorcy, twórcy kultury itd. Tylko oni i tylko w swojej masie mogą powiedzieć Dość! Inaczej ten piekielny system będzie trwał ze szkodą dla wszystkich (oprócz górnego procenta społeczeństwa: polityków, sędziów, generałów, szefów korporacji, członków najbogatszych rodzin, właścicieli „zaprzyjaźnionych” mediów, bankierów, maklerów). Jednym słowem, Zinn chciałby rewolucji, która Amerykanom oddałaby zasoby trwonione na zbrojne konflikty prowadzone na całym świecie oraz odwróciłaby prawodawczy trend ku budowaniu zamordystycznego, totalitarnego społeczeństwa; na arenie międzynarodowej z kolei rewolucja ta dałaby zwykłym ludziom gwarancję, że ich kraj, ich miasto, ich dom nie stanie się nagle poligonem, na którym Amerykanie będą prężyli muskuły.
Mój wniosek jest trochę inny. Nie da się ukryć, że nie aspiruję tu do przewidywania przyszłości ani wyrażania nadziei na cokolwiek. Żółć wylewam po prostu. Otóż, gdyby Amerykanie byli konsekwentni w swojej walce z terroryzmem, gdyby szczerze dążyli do unieszkodliwiania producentów i handlarzy bronią, gdyby naprawdę przeciwstawiali się ingerencjom w wewnętrzne sprawy innych państw, gdyby uczciwie oponowali przeciw państwom będącym zagrożeniem dla światowego porządku, gdyby dla dobra ludzkości obalali dyktatorów, eliminowali wspólników dyktatorów, niszczyli państwa wspierające terroryzm i gdyby naprawdę chcieli zniszczyć źródło napędzające spiralę terroryzmu – to powinni zacząć od zbombardowania Białego Domu, zrównania z ziemią Pentagonu i siedziby CIA w Langley, od zniszczenia swoich fabryk broni chemicznej, nuklearnej i konwencjonalnej, od wymazania z mapy świata swoich szkół tortur oraz ośrodków szkolenia rebeliantów, powinni przystąpić do rozbiórki swoich 800* baz wojskowych rozsianych po całym świecie, swoich tajnych i jawnych więzień znajdujących się poza granicami i jurysdykcją USA, oddać pod sąd każdego, kto zasiadał kiedykolwiek w Izbie Reprezentantów lub Senacie, oczywiście poprzedzając tę część oddaniem pod sąd wcześniej urzędujących sędziów, a wszystkich żyjących prezydentów, wiceprezydentów, sekretarzy obrony itd. dostarczyć przed oblicze Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości…
* – tę liczbę podaję za Noamem Chomskym.
Uf. Na tym tle nawet utopijna wizja Zinna nie wydaje się taka utopijna.
Poważnie mówiąc: jedna uwaga na koniec przygody z A People’s History… – książka Howarda Zinna, bez względu na to, jak to przedstawiam, to przede wszystkim głos pacyfisty (…który zasmakował wojny jako pilot bombowca podczas II wojny światowej). Nie chodzi tu o antyamerykanizm. Zinn jest patriotą, któremu nie jest obojętne dobro jego narodu i kraju; chciałby, żeby USA przodowały światu, ale nie w eksporcie broni i macek krwiopijczych korporacji, lecz w eksporcie wsparcia cywilnego i służących rozwojowi rozwiązań. Jeśli czemuś się Zinn sprzeciwia, to przede wszystkim przemocy, przemocy pod każdą postacią, od tej sankcjonowanej społecznie i prawnie, po przemoc fizyczną. Przemocy stosowanej przez USA nie uznaje za lepszą, bardziej usprawiedliwioną, bardziej słuszną. …co różni go od tak wielu jego rodaków (z establishmentem na czele).
(Tym akcentem zamykam, mam nadzieję, temat amerykańskiej pasji bombardowania świata.)
Nadal chcesz przyspieszyć serwer dzięki SSD? Budżet nie pozwala na zakup dającego 1,5 miliona IOPS Kaminario K2. Pewnie nie starcza nawet na najmniejszą konfigurację K2 (300 kIOPS, 1TB, $200k), ani na małego RamSan-440.
Pozostaje dopingować (a najlepiej zasponsorować) Bena Chocieja z IBM, który pracuje nad infrastrukturą do śledzenia temperatury danych. Im gorętsze — częściej używane — tym bardziej nadają się do przeniesienia na szybszą pamięć masową. Czyli na dyski 10k, 15k RPM, short-stroked, SSD czy wysokowydajne wolumeny RAID10 na macierzy.
Łatki Bena na początek współdziałają z btrfs. Pojawiły się głosy za umieszczeniem funkcjonalności na poziomie VFS, co daje możliwość korzystanie z niej innym systemom plików. Koncepcja jak najbardziej słuszna.
W stosunku do rozwiązań cache'ujących, pojemność szybkiej pamięci masowej wchodzi w skład dostępnej przestrzeni dyskowej w puli. Stąd już tylko krótki krok do niezłej implementacji hierarchicznego składowania w Linuksie. I do zastąpienia DMAPI, niedawno usuniętego z XFS w jądrze.
W zakończeniu Kociej kołyski Kurta Vonneguta brakuje pewnej sceny. Wyobrażam ją sobie następująco (bohaterowie tej sceny zostali wprowadzeni przeze mnie; nie mieszkają w San Lorenzo i nic nie wiedzą o wypadkach do jakich doszło na wyspie).
John Smith, geniusz zajmujący się czystą matematyką wraca swoim cadillakiem do domu. Tweedowa marynarka leży na tylnym siedzeniu, górne guziki koszuli ma rozpięte, przez uchylone okno wpada do środka lekki powiew powietrza. Ciężkie okulary zsunęły się Johnowi ku czubkowi nosa, lecz w tej chwili – wyjątkowo – nie przeszkadza mu ich niesubordynacja. John jest z siebie zadowolony. Dziś udowodnił, że istnieje możliwość przeprowadzenia łańcucha reakcji fizycznych dających większą niszczycielską moc, niż moc bomby wodorowej. Teraz fizycy mogą brać się do pracy. I pomyśleć, że bez niego, bez liczb tańczących w rytm jego toku myślenia, błądziliby wciąż jak dzieci w ciemności! Cieszy go ta wyższość. Zadowolony wybija palcami radosną melodię o kierownicę. W uszach wciąż słyszy głos prezydenta. Zadzwonił, nim John wyszedł z pracy. Obietnica nowej broni podekscytowała go i uszczęśliwiła. W końcu mógł pomyśleć o czymś innym niż słabe wyniki w sondażach. A to wszystko dzięki Johnowi!
Cadillac skręca z głównej drogi i wjeżdża w osiedle jednakowych domków jednorodzinnych. Johnowi nigdy nie przeszkadzała ta komunistyczna jednakowość kapitalistycznej klasy średniej. Wiedział przecież, że w tych jednakowych domach mieszkają różni ludzie. Prawie wszyscy są głupi, ale jest wśród nich kilka inteligentnych jednostek, ze dwie wybitne, no i on – matematyczny kompozytor, liczbowy demiurg, geniusz. Na osiedlu jest cicho, ciszej niż zwykle. John dostrzega kilka osób w oknach mijanych domków. Stoją bez ruchu, jakby czegoś się przestraszyli. Wjeżdża na podjazd, gasi samochód. Po chwili wchodzi do domu. Stojąc w korytarzu woła żonę: Penny! Penny! Penny nie odpowiada. John nie widzi w tym nic dziwnego. Zwykle przecież przemyka po cichu do łazienki, a potem do gabinetu. Przywitanie w drzwiach nie stanowi w ich rodzinie rytuału. Dziś ma jednak dobry humor, chce zobaczyć żonę.
Zagląda do kuchni. Penny stoi przy zlewie. Nie rusza się. Wygląda jak kamień, jak zahipnotyzowana, zaklęta. Obok niej stoją dzieci. Ich ręce sięgają wysoko do odsłoniętych ramion matki, na gładkich twarzach wyryły się rysy przerażenia. Dzieci są tak samo nieruchome, nieżywe. Woda również zmieniła stan skupienia. Z kranu zwisa sopel lodu. W ułamku sekundy John układa w swojej głowie przyczynowo-skutkowy ciąg zdarzeń. Coś spowodowało, że woda w kranie zmieniła się w lód. Przy zetknięciu z nią woda w ciele człowieka również zmieniła się w lód. To samo stało się z dziećmi, które dotknęły matki. Proces musiał postępować błyskawicznie. Cała rodzina zamieniła się w posągi w przeciągu chwili. Świadczy o tym fakt, że dzieci nie zdążyły nawet odsunąć dłoni od ciała matki. W głowie Johna ten krótki łańcuch rozbudowuje się błyskawicznie i ogarnia całe osiedle, miasto, kraj. Widzi oczyma wyobraźni, jak struktura cząstek wody gęstnieje na całym świecie, jak życie zastyga, zamarza, choć przecież nie powinno, nie w takiej temperaturze.
Fascynujące! – krzyczy John, gdy jego umysł kończy szkicować obraz zlodowaciałej Ziemi. Siada teraz przy kuchennym stole, by pomyśleć o przyczynie tak niezwykłego zjawiska. Jego umysł dostrzega ją już w oddali, przybliża jej ponętne kształty, oświetla jej piękno. Przyczyna, tak, Przyczyna – jedyna kobieta, którą naprawdę kochał. John pisze szybko w swoim notesie. Fascynujące! - powtarza. – Że też wcześniej o tym nie pomyślałem! Po raz pierwszy czuje wdzięczność do żony i dzieci. W końcu okazali się być dla niego inspiracją. Przez chwilę dekoncentracji spogląda na nich z odrobiną ciepła w spojrzeniu. Otrząsa się jednak szybko i wraca do swoich kartek. Fascynujące! – mruczy pod nosem.
Po rozwiązaniu wszystkich problemów teoretycznych, po zrozumieniu zagadki śmiercionośnego lodu postanawia udać się do Szwecji i przyznać sobie nagrodę Nobla z fizyki. Musi zrobić to sam, bo pewnie członkowie Komitetu już nie żyją. Nie wie jeszcze jak dotrze do Szwecji, ale teraz głowę zaprząta mu inny problem. Otóż, po wyciągnięciu z szafy biurka szkicu przemówienia, które od lat przygotowywał, stwierdza, że pierwsze zdanie straciło sens. Czcigodni Państwo, Wasza Królewska Wysokość, Dostojni Goście, Szanowni Członkowie Norweskiego Komitetu Noblowskiego, Obywatele Świata… Adresaci tej mowy są już pewnie martwi. Mówienie do nich jest nielogiczne! John przekreśla tę linijkę i zapisuje coś innego tuż nad nią. Podnosi długopis, przygląda się temu co napisał. Przykłada go z powrotem do kartki, waha się przez moment, po czym podnosi długopis ponownie i chowa do kieszeni. Tak jest dobrze. Świeży atrament na górze kartki układa się w radosne pozdrowienie: Drogi Johnie!
Howard Zinn opowiada o amerykańskiej metodzie uprawiania polityki i dyplomacji z perspektywy historycznej. Kilka przykładów. Zinn przedstawia długą listę zagranicznych „interwencji” w „obronie interesów” Stanów Zjednoczonych sięgającą końca XVIII wieku (Zinn 2001: 298, 408; zob. także: Instances of Use of United States Armed Forces Abroad, 1798-2009). Pokazuje niesymetryczność polityki otwartych drzwi: od krajów stanowiących potencjalny rynek USA domagały się ekonomicznej otwartości; w krajach ekonomicznie przez siebie skolonizowanych stosowały z kolei politykę zamkniętych drzwi, uniemożliwiając konkurencji dostęp do rynków (ibid.: 408). Mówi o kłamstwach, jakich dopuścili się prezydenci USA, by usprawiedliwić wojnę (ibid.: 411; Zinn podaje przykłady Jamesa Polka i wojny z Meksykanami, Franklina D. Roosevelta i II wojny światowej, czy Lyndona Johnsona i wojny w Wietnamie; dziś moglibyśmy dorzucić jeszcze George’a W. Busha i inwazję na Irak).
Zinnem teraźniejszości jest Noam Chomsky. Podczas niedawnej wizyty w Chinach uczestniczył w debacie na Peking University w Pekinie. W kwestii relacji USA-Chiny powiedział, że Stany nie tyle obawiają się wewnętrznego rozwoju Państwa Środka, sukcesu „chińskiego modelu”, czy dobrze funkcjonującej gospodarki. Obawiają się niezależności Chin. Podobnie z Iranem. Dziś to Iran stanowi „główny problem”. W języku propagandy Iran jest „zagrożeniem dla polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych oraz dla światowego porządku”. USA nałożyły na Iran sankcje, ale Chińczycy nie poszli śladem Amerykanów. Zgodzili się na łagodne sankcje nałożone przez ONZ, ale jak zawsze – nie zagrali w duecie z Amerykanami. Departament Stanu ostrzegł Chińczyków, że muszą wypełniać swoje obowiązki na arenie międzynarodowej (jeśli odsączymy dyplomatyczny bełkot, okaże się, że Departament Stanu żąda, by Chińczycy wykonywali w sprawie Iranu amerykańskie rozkazy). Dalej Chomsky:
In fact, Iran becomes a threat because it does not follow US instructions. China is a bigger threat, as it is a big problem when a major power refuses to obey orders. This is the challenge that the US faces (źródło: GlobalVoicesOnline).
Kierowca jedenastki wygaduje darmowe minuty. W końcu okazja, by porozmawiać z żoną. Opowiada jej o jakimś silniku. Ona woli o kościele. Przed Rapackiego jest już znudzony, mówi, że minuty się skończyły. Jedziemy przez most, w radio wiadomości. 6-letni Tomek zjadł muchomora. W pociągu. Dwie dziewczyny wpadły na pomysł, by zagrać w państwa i miasta. Licytują się, bo jedna nie chce państw. Twierdzi, że żadnych nie zna. Później kłócą się, czy harcerz to zawód i czy Paryż to państwo (bo państwa jednak przeszły). Dochodzą również do wniosku, że nie ma żadnego miasta na „H”.
Research In Motion to firma będąca producentem telefonów marki Blackberry i właścicielem systemu QNX. Blackberry nie są u nas popularne, za to po drugiej stronie oceanu zajmują pierwsze miejsce (ponad 40%) na „rynku smartfonów”, przed Apple (24%) i Windows Mobile z Androidami (po 13%).
Blackberry są tak kochane m.in. dlatego, że są postrzegane jako bezpieczne. RIM na swoich kolorowych stronach pisze Data remains encrypted in transit and is never decrypted outside of the corporate firewall.
Nie spodobało się to kilku krajom arabskim, które na początku tego miesiąca zgodnie oznajmiły, że noszą się z zamiarem zakazania używania BB na swoim terenie. Bez kozery oznajmując, że z powodu nieumiejętności podsłuchiwania.
RIM został postawiony przed wagą, gdzie na jednej szalce leżała kasa od 700 tys. abonentów, z drugiej strony — reputacja i opinia bezpiecznej platformy. Wybór kanadyjczyków? BlackBerry maker tests three Saudi servers.
Zagranie z wizerunkowego punktu widzenia bardzo złe. Ale jakiego PR oczekiwać po firmie, która portal z ofertami pracy nazwała rim.jobs? RIM assures its customers that it is committed to continue delivering highly secure and innovative products that satisfy the needs of both customers and governments.
Zwłaszcza governments. A jak nie potrafią podsłuchiwać mając serwery u siebie, to RIM wyciągnie pomocną dłoń, na której poda klucze szyfrujące.
Często słyszy się argument: jeśli nie ma się nic na sumieniu, to nie ma co ukrywać. Dedykuję go organizacjom wojskowym, których dokumenty bywają na WikiLeaks.
Miałem olać, ale co mi tam. W zeszłym roku trafiliśmy przez przypadek i za darmo, więc mi to dyndało, w tym roku wybraliśmy się z własnej kieszeni i głównie ze względu na The Chemical Brothers.
Ale zacznę od 30 Seconds To Mars.
Po pierwsze z tym co robili na pierwszej płycie (niestety) nie mają aktualnie nic wspólnego (to co robią aktualnie pewnie się lepiej sprzedaje ;p), zresztą o ile pamiętam nic też z pierwszej płyty nie zagrali (jestem to w stanie zrozumieć - pewnie ludzie średnio by się do tego bawili).
Druga rzecz, Jared Leto słabo wypada na żywo. Zachowanie na scenie wypada sztucznie i nieprzekonywująco. Wokalnie wypada słabo, kolejny raz miałem szansę się przekonać co studio jest w stanie zrobić. Już widzę ten tłum dziewcząt rzucający się na mnie z pazurami, ale taka jest prawda ;P.
IMO jednym z kawałków, które nieźle wypadły było zagrane akustycznie "The Story".
Jeśli chodzi o Chemicali…
Mam nieodparte wrażenie że było sporo osób, które znają ich (tylko) z 'popularnych' kawałków.
Zainteresowani wiedzą, że Chemicale robią show, sporo osób stało zupełnie zahipnotyzowanych, rozumiem. Nie rozumiem tylko, w jakim tylko celu osoby te parły do przodu, dzięki temu Ci którzy chcieli się bawić nie mogli się ani przedostać na przód, ani też bawić, bo jak tu się bawić, jak ludzie wokół stoją? (Pomijam karków którzy stali i zupełnie NIC nie było ich w stanie ruszyć).
Basy, to chyba było "Under the influence", to był niezły test wytrzymałości dla wszystkich :].
Andrew Klavan w City Journal narzeka, że Hollywood nie czci już amerykańskiej wyjątkowości. Dlaczego tak się dzieje? Powody są dwa. Pierwszy – natury ekonomicznej. Obecnie 68% dochodów ze sprzedaży biletów kinowych generuje reszta świata, a nie USA. Dlatego też filmy dostosowywane są do gustów innych niż amerykańskie. Inaczej pisane są scenariusze, inna jest obsada, rezygnuje się z amerykańskich dowcipów. Co szczególnie okropne (Klavan przytacza w tym miejscu artykuł Lauren Schuker), nawet w typowo amerykańskich produkcjach jak G. I. Joe grają obcokrajowcy.
Powód drugi – postawa lewaków. Amerykańskie filmy – twierdzi Klavan – były kiedyś wielkie, bo pokazywały unikalność amerykańskich wartości: indywidualizmu, wiary w siebie, oporu przeciw silniejszym. Wartości te reprezentowali wielcy aktorzy: John Wayne, Gary Cooper, Clark Gable, czy Jimmy Stewart. Wszystko to zniszczyli idący na ustępstwa, przepraszający za wszystko, nienawidzący samych siebie lewacy, którzy zdobyli dominującą pozycję w sztuce:
The Left has sought to make us forget this [tj. że: "jesteśmy wielcy"] about ourselves. They teach that it’s virtuous to believe this country is just one more in the list of nations. It’s not. History proves it never was. (źródło: City Journal).
Piękny tekst. Jest w nim to, co stanowi rdzeń amerykańskości: arogancja. Hollywood dopasowuje się do gustu reszty świata? Najwyraźniej według Klavana reszta świata ma jeden wspólny gust. Rezygnuje się z amerykańskich dowcipów? Być może Klavana śmieszy, że komuś na głowę spada wiadro z cementem, ale jestem w stanie wyobrazić sobie widza o bardziej wyszukanym guście. Filmy nie pokazują już wielkości amerykańskiego charakteru? Nie da się ukryć – w Hollywood pojawiło się kilka osób potrafiących zrobić coś więcej, niż tylko tanią propagandę. Historia pokazuje, że USA nigdy nie były jednym z wielu państw, że były wyjątkowe? Niech ktoś powie Klavanowi, że historia nie zaczęła się 300 lat temu.
(Czytałem kiedyś powieść Klavana. Nazywało się to chyba Nikomu ani słowa. Nic z książki nie pamiętam, ale ciekaw jestem, jak mocno szpikuje on swoje opowieści tą perspektywą wielkiej, przez Boga uświęconej, przodującej światu Ameryki. Sądząc po powyższym tekście – pewnie nie szczędzi swoim czytelnikom takich akcentów. W ramach odtrutki: rozdział z książki Howarda Zinna. Nie da się ukryć – nie podzielam tęsknoty Klavana za Goebbelsami Hollywoodu.)
A people’s history of the United States Howarda Zinna. Ciekawa alternatywa dla zmitologizowanej, (u)znanej powszechnie, historii Stanów Zjednoczonych. Zamiast demokracji – rząd i sądy pilnujące interesów możnych. Zamiast rzesz obiecujących imigrantów – tłumy ludzi, które za wszelką cenę chciały wrócić do Europy. Zamiast amerykańskiego snu – dopuszczenie do powstania klasy średniej jako bufora zabezpieczającego bogaczy przed buntem nędzników.
W opowieści Zinna wąska elita toczy zaciekły bój o władzę. Los wielkich posiadaczy (ziemi, ludzi, wpływów) zależy od tego, czy uda im się rozbić i skłócić, utrzymać w ryzach i kontrolować przeciwne siły: białą służbę, czarnych niewolników, eksterminowanych Indian, żyjących w biedzie wolnych chłopów nieposiadających ziemi, bojowo nastawionych imigrantów, mieszkających w katastrofalnych warunkach lokatorów, źle opłacanych żołnierzy, pozbawione praw kobiety.
Dziś znamy tę elitę jako światłych ojców narodu. Jako zwycięzcy to oni napisali historię. Ich nazwiska znajdziemy na listach prezydentów, senatorów i sędziów Sądu Najwyższego, w logach banków, uniwersytetów, korporacji. Udało im się, bo skutecznie stosowali zasadę dziel i rządź, a do tego – w odpowiednim momencie pozwolili na wykształcenie się klasy średniej. Jednocześnie stworzyli język, który pozwolił ich, wraz z ową klasą średnią, ujmować jako jeden twór – amerykański naród.
Zinn pokazuje, jakie mechanizmy spowodowały, że historia potoczyła się tak, a nie inaczej. I tak: wojsko to narzędzie pozwalające masom połączyć ich interes (np. zysk materialny, awans w hierarchii wojskowej, lepszy status społeczny) z interesem narodowym (tj. interesem elit). Szkoła to narzędzie wpajające młodym ludziom zasady nieproblematycznego zachowania. Wyższa edukacja to kuźnia kadr obsługujących imperia bogaczy. Rasizm to mechanizm uniemożliwiający sojusz białej służby i czarnych niewolników przeciwko elicie. Rodzina to jednostka pracowniczo-wychowawcza pozwalająca utrzymać półniewolniczy status kobiet, zapewniających opiekę i edukację dzieciom (bywało, że kobiety przeznaczone na żony sprzedawano osadnikom po kosztach transportu; por. ibid. 104). Liberalna retoryka to język powstały, gdy stara władza musiała zacząć liczyć się z uzyskującymi prawo głosu biedakami. Przemiany prawa to metoda ratyfikacji form nierówności, które stworzył rynek (por. ibid.: 238).
Kilka ciekawostek. Białą służbą sprowadzoną zza Oceanu handlowano tak samo, jak czarnymi niewolnikami; bardzo często były to sieroty łapane na ulicach angielskich miast; 80% z nich umierało z powodu chorób po dotarciu do Ameryki (por. Zinn 2001: 44). W 1770 w Bostonie 44% własności prywatnej należało do 1% mieszkańców (por. ibid.: 49). Indianom dawano w prezencie koce ze szpitali, w których leczono ospę (por. ibid.: 87). J.P. Morgan, który sam wywinął się od służby w wojsku podstawiając opłaconą osobę (podobnie zrobili John D. Rockefeller, Andrew Carnegie, czy James Mellon), odkupił od arsenału armii pięć tysięcy uszkodzonych strzelb za kwotę 3.50$/sztuka i odsprzedał wojsku na froncie za cenę 22$/sztuka. Przy wystrzale strzelby wybuchały i urywały kciuki strzelcom (por. ibid.: 255).
Wśród cytatów jeden z mocniejszych to fragment mowy Fredericka Douglassa (1818-1895), rzecznika i obrońcy czarnoskórych niewolników:
What, to the American slave, is your Fourth of July? I answer: a day that reveals to him, more than all other days in the year, the gross injustice and cruelty to which he is the constant victim. To him, your celebration is a sham; your boasted liberty, an unholy license; your national greatness, swelling vanity; your sounds of rejoicing are empty and heartless; your denunciation of tyrants, brass-fronted impudence; your shouts of liberty and equality, hollow mockery; your prayers and hymns, your sermons and thanksgivings, with all your religious parade and solemnity, are, to Him, mere bombast, fraud, deception, impiety, and hypocrisy-a thin veil to cover up crimes which would disgrace a nation of savages. There is not a nation of savages. There is not a nation on the earth guilty of practices more shocking and bloody than are the people of the United States at this very hour.
Go where you may, search where you will, roam through all the monarchies and despotisms- of the Old World, travel through South America, search out every abuse, and when you have found the last, lay your facts by the side of the everyday practices of this nation, and you will say with me that, for revolting barbarity and shameless hypocrisy, America reigns without a rival (za: ibid.: 182-183).
Czytam drugi, trzeci, czwarty raz i muszę stwierdzić: aktualniejsze niż jutrzejsza gazeta.
Zinn, Howard. 2001. A people’s history of the United States. 1492-present, New York, HarperCollins Publishers.
Dotychczas w cyklu epopei nerdowskiej* ukazały się:
I nawet brak dobrego tłumaczenia dla określenia crash course nie przeszkodził.
Kotek:
![[dachowiec]](http://d%C5%BCogstaff.pipebreaker.pl/2010.08.13-kotek.jpg)
* dzięki, Doom :)
RTFM: sd_notify
Na początku należy mieć świadomość, że aktywacji jednostek nie podlegają tylko usługi, a wszystkie możliwe typy. Można więc stworzyć gniazdko, z którym połączenie zaktywuje inne gniazdo. Albo licznik czasu wyzwalany pojawieniem się pliku w katalogu. Efektem nawiązania połączenia może być zamontowanie urządzenia. I to wszystko wyrażone naturalnie zmienną konfiguracyjną Unit=.
Przy konfigurowaniu jednostek działających w podobny sposób można skorzystać z dyrektywy .include. Usługi mogą korzystać z instancji generowanych dodaniem znaku @ do nazwy.
Pisząc skrypty działające jako usługi warto je wzbogacić wywołaniami polecenia systemd-notify przekazującymi konkretniejsze informacji o stanie działania. Dla demonów w C do poznania jest strona manuala funkcji sd_notify(). Pełniejszy status może wyglądać następująco:
# systemctl status avahi-daemon.service
…
Status: "Server startup complete. Host name is dhartha.local. Local service cookie is 3239089184."
Wpisanie zależności jako OnFailure= pozwala zaregować na błędy przy uruchamianiu/restartowaniu usługi. Efektem może być np. aktywowanie zadania wysyłającego do administratora maila/SMSa, że kluczowa usługa przestała działać.
Aktywacja usług na żądanie może trwać długo. Zawsze możemy taką długostartującą usługę przypisać do .wants/ któregoś z celi aktywowanych przy bootowaniu. Wtedy uruchomienie usługi nastąpi przy starcie systemu.
Zdarza się czasami popsuć system w sposób uniemożliwiający prawidłowy start. Niechcący można chociażby wyłączyć getty dające logowanie na konsolach i nie wystartować sieci z ssh. Uruchomienie awaryjne systemu realizujemy przez linię poleceń jądra, w ktorej przekazujemy nazwę jednostki do aktywowania zamiast default.target. Przykładowo systemd.unit=emergency.target. Jest o tyle lepsze od podania single lub init=/bin/bash, że po naprawieniu możemy przejść do normalnego uruchomienia systemu: systemctl default.
W czasie pracy można przejść do awaryjnej linii poleceń domyślnie konfigurowaną usługą kbrequest, startowaną skrótem klawiaturowym Alt+↑.
Poprzednio: Kontrola startu; Następnie: Spis treści.
RTFM: systemctl, systemd.unit
Do śmieci: chkconfig
W SysV zarządzanie usługami polega na ogarnięciu stada symlinków z /etc/rcX.d/, odpowiadających runlevelom. W systemd start usług w większości wynika z zależności, czasem jednak trzeba dodać coś swojego. Albo wskazać, że naszserver.target oznacza uruchomienie Tomcata.
Zarządzanie takimi explicit zależnościami również realizuje się przez łącza symboliczne. Przy analizie każdej jednostki sprawdzana jest zawartość katalogu o takiej samej nazwie z doklejonym .wants (np. touchme.service.wants/). Jednostki, do których symlinki znajdują się wewnątrz traktowane są jakby były wyszczególnione słowem kluczowym Wants= w definicji touchme.service.
W drugą stronę: jednostki mogą zasugerować, że są potrzebne do czegoś, np. przez WantedBy=multi-user.target. W takim przypadku systemctl enable <UNIT> doda symlinki w katalogach .wants/ wyszczególnionych jednostek. Analogicznie disable łącza usunie.
chkconfig SERVICE [on|off] przechodzi w systemctl [enable|disable] UNIT
Do dyspozycji jest też słówko Also=, które rządzi włączaniem usług stowarzyszonym. Jednym ruchem można aktywować usługę, jej gniazdko, timery itp.
Poprzednio: Zależności; Następnie: Użyteczne drobiazgi.
Gottland Mariusza Szczygła. Zbiór reportaży, których wspólnym mianownikiem są dwudziestowieczne Czechy. Zastanawiam się, komu przypisać zasługi za to, że w każdym tekście jest jakiś fragment wart zapisania, zapamiętania, powtórzenia. Czy to specyfika Czechów? Czy tak po prostu – ponad nimi – pisze się ich historia? A może to Szczygieł potrafi detal dostrzec, odsączyć, zasuszyć, rozetrzeć i w pismo zamienić? Nie wiem.
Książka ma wielu bohaterów. Wymienię najważniejszych. Tomáš Baťa, przedsiębiorca, producent butów. Lída Baarová, aktorka i kochanka Józefa Goebbelsa. Otakar Švec, twórca pomnika Stalina w Pradze. Jan Procházka, polityk, pisarz, scenarzysta; podsłuchiwany przez czeską Służbę Bezpieczeństwa; w 1970 roku nagrania zmanipulowano i pokazano w telewizji. Helena Vondráčková, piosenkarka. Marta Kubišová, fach dzieli z Vondráčkovą, ale trajektoria jej losu – zupełnie inna (twarz Kubišovej SB wmontowało w zdjęcia porno). Eduard Kirchberger/Karel Fabián, pisarz, człowiek całkowicie zagmatwany. Zdeněk Adamec, chłopak, który w 2003 roku poszedł w ślady Jana Palacha.
Kilka wypisów.
Gdy firmę przejął brat, Jan Baťa, wysłał dwóch pracowników do północnej Afryki. Mieli zbadać rynek. Baťa otrzymał dwa telegramy. Pierwszy wysłannik napisał: „Tutaj nikt nie nosi butów. Żadnej możliwości zbytu. Wracam do domu” (Szczygieł 2010: 24). Drugi raportował: „Wszyscy są bosi. Ogromne możliwości zbytu, przyślijcie buty jak najprędzej” (ibid.).
Z tekstu o Lídzie Baarovej:
W tym czasie w sąsiednich Niemczech władzę absolutną zdobywał mężczyzna, który – jak ktoś zauważył – najbardziej był wdzięczny swojemu ojcu za porzucenie pospolitego wiejskiego nazwiska Schicklgruber.
To jasne.
Pozdrowienie „Heil Schicklgruber” byłoby zbyt rozwlekłe. (Szczygieł 2010: 46).
Reportaż o Otakarze Švecu zamyka następujący fragment (po jego przeczytaniu w księgarni zdecydowałem się tę książkę kupić):
Koledze, który od lat pisze o katach i ofiarach stalinizmu, opowiadam o ich niechęci do pamiętania.
- To ze strachu – mówi Piotr Lipiński.
- Po pięćdziesięciu latach? Dziś, gdy nie powinni się niczego bać?
- Wszyscy, których spotkałeś, mają koło osiemdziesiątki. Ostatnie piętnaście wolnych lat to w ich życiu epizod. Zbyt krótki, aby nabrać pewności, że to już stan trwały i niezmienny (Szczygieł 2010: 94).
Mimochodem powiedziane przy okazji pisania o Janie Procházce:
(Co do burżuazyjnych mediów, ”Süddeutsche Zeitung” napisał na przykład, że w Czechach już w 1970 mają „Rok 1984″). (Szczygieł 2010: 120)
Dwa fragmenty z tekstu o E.K./K.F. Pierwszy – czeski do kwadratu; drugi – kafkowski do szpiku kości:
Jeden z głównych ideologów KPCz, Václav Kopecký, jest zaskoczony, że niekomunistyczni posłowie głosują jak jeden mąż za komunistycznymi ustawami, a nawet za niedemokratyczną konstytucją z 9 maja 1948 roku. „Było to aż nieprzyjemne – napisze po latach – ponieważ taka jednomyślność robiła wrażenie przymuszania. Komuniści nawet prosili wprost niektórych posłów, żeby głosowali przeciw albo żeby chociaż się od głosu wstrzymali, dawali im gwarancje, że nic im się nie stanie – na próżno. Głosowali jednomyślnie za.” (Szczygieł 2010: 180).
Pisarkę Lenkę Reinerovą na piętnaście miesięcy zamykają w pojedynczej celi, skąd nie wypuszczają nawet na spacerniak (a kiedy pyta, za co jest aresztowana, słyszy niezmiennie: – Wy sama wiecie najlepiej). Zwalniają ją w końcu bez sądu, wywożąc do parku na peryferiach. Kiedy wraca do domu, okazuje się, że męża i córkę wyeksmitowano, tylko nie wiadomo dokąd, a jej mieszkanie zajmuje ktoś inny. Odnajduje ich w ruderze sto kilometrów od Pragi. (Gdy po kilku latach będzie chciała zaświadczenia, że była aresztowana, okaże się, że taki przypadek jak jej nie istniał. – Może to wszystko wam się, towarzyszko, wydawało – mówią w MSW). (Szczygieł 2010: 185)
Duże wrażenie robi też fragment o doborze osób do samospalenia. Wybierali najlepszych, takich, żeby SB samospalenia nie mogło zrzucić na karby ich problemów psychicznych, rozczarowań miłosnych, i tak dalej. Musieli być kryształowi. Potem losowali kolejność. Dalej już tylko wiadro benzyny i zapałka (na podst.: Szczygieł 2010: 215).
O formie. Szczygieł bawi się, gra z tekstem i z czytelnikiem. Przeplata historie, czasem stara się zgubić chronologię, wprowadza aktorów drugoplanowych, opowiada fragmenty historii z ich perspektywy. Zabiegi udane, budzące ciekawość i każące myśleć o przyszłości. Przyszłości reportażu, rzecz jasna. Powoli można mówić o czytaniu reportaży jako kompetencji kulturowej. Ktoś nieobeznany z gatunkiem może mieć problemy z przyswojeniem bardziej finezyjnego tekstu. Zrozumie go inaczej, niż czytelnik kompetentny. (Zapewne) mniej dostrzeże. Ktoś kto przeczytał dziesiątki/setki reportaży – szybciej łapie pisarskie zabiegi, potrafi je docenić i się nimi cieszyć. Gottland potraktować można jako zaproszenie do tej gry.
Co ciekawe: książka trafiła nie tylko na rynek polski i czeski, ale również – francuski, niemiecki, włoski, rosyjski (sądząc po fragmentach z recenzji umieszczonych na czwartej stronie okładki). Całkiem to krzepiące.
Szczygieł, Mariusz. 2010. Gottland, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne.
RTFM: systemd.unit
Ważna sprawa, jednak najnudniejsza. Większość zależności nie musi być podawana. Nie trzeba przykładowo podawać, że usługa wymaga MySQL. Jeśli program połączy się z /var/lib/mysql/mysql.sock, MySQL zostanie automatycznie wystartowany.
Zależności explicite między jednostkami mogą być typu słabego (co jest zalecane). WantedBy= i Wants= pozwala definiować w obie strony, co jest potrzebne i czemu jest potrzebna jednostka. Problem w aktywowaniu jednostek chcianych nie powoduje problemu z aktywacją jednostki rozpatrywanej.
Mocne zależności to requires. Tutaj brak spełnienia zależności uniemożliwia aktywację jednostki. Podobnie oznaczenie jednostek jako konfliktujących będzie powodować ich wzajemne wyłączanie przy starcie drugiej.
Słabe zależności mogą być przez systemd zignorowane, jeśli powodują konflikty. Mocne nie. Obydwa typy nie określają kolejności, wszystkie wymagane jednostki są startowane jednocześnie z główną. W celu wymuszenia kolejności można stosować Before= i After=.
Poprzednio: Urządzenia i swap; Następnie: Kontrola startu.
RTFM: systemd.device, systemd.swap
Do śmieci: swapon
Dzięki informacjom pobieranym z udev swoje odpowiednik wśród jednostek mają urządzenia. Wszystkie, które w regułkach udev otagowane są znacznikem systemd mają automatycznie tworzoną jednostkę. W Fedorze dotyczy to urządzeń blokowych, sieciowych i kilku specjalnych typów.
Skojarzenie z urządzeniem zmiennej SYSTEMD_WANTS pozwala na automatyczne wystartowanie programów umożliwiających korzystanie ze sprzętu. Przykłady z /lib/udev/rules.d/99-systemd.rules:
SUBSYSTEM=="bluetooth", TAG="systemd", ENV{SYSTEMD_WANTS}="bluetooth.target"
SUBSYSTEM=="printer", TAG="systemd", ENV{SYSTEMD_WANTS}="printer.target"
ENV{ID_SMARTCARD_READER}=="*?", TAG="systemd", ENV{SYSTEMD_WANTS}="smartcard.target"
Bardzo prostą jednostką jest odzwierciedlenie swapu. Wymaga tylko podania urządzenie i opcjonalnie priorytetu. Interpretowane są linijki definiujące swap z /etc/fstab.
Poprzednio: Punkty (auto)mountowania; Następnie: Zależności
Najpierw muszą urosnąć drzewa. Gdy urosną – trzeba je ściąć. Ścięte przetransportować. Przetransportowane przerobić na papier. Papier dostarczyć do drukarni. Dostarczony papier zadrukować. Zadrukowany rozdystrybuować. Gotowe. Mamy gazetę. Nic dziwnego, że (w USA) tylko około 15% budżetu redakcje przeznaczają na dziennikarzy, edytorów, teksty i analizy. Wśród niewielu gazet poświęcających większą część środków na dziennikarstwo per se, niż na całą resztę tego absurdalnego systemu, są The New York Times i The Wall Street Journal (źródło: The Atlantic).
Taki system nie może się opłacać. Dlatego nic dziwnego, że amerykański Newsweek został sprzedany za… jednego dolara. (Szczęśliwy nabywca dodatkowo otrzymał w pakiecie 70 milionów dolarów zadłużenia tygodnika.) (Źródło: TheGuardian).
Na pocieszenie: według jednego z badań za korzystanie z Twittera nie zapłaciłby żaden z jego użytkowników (źródło: TheGuardian). Ja też bym nie zapłacił. I za korzystanie z Facebooka też nie. Chyba, że dolara. Rocznie. Ale to ciekawe – płacić za znajomości. Powinno to zostać wprowadzone w realu. Powiedzmy: abonament za każdą znajomość. Od złotówki do stu złotych miesięcznie od znajomego. Zniżki jedynie na rodzinę. I jeszcze – gdy wykupuje się abonament na dłużej niż trzy miesiące. Im bardziej pożądana znajomość – tym droższa. Mechanizm ustalania cen – wolnorynkowy. Szczerość pieniądza. Opustoszałyby puby.