Gdzie nie spojrzeć – ACTA i Anonymous. Boję się otworzyć lodówkę. Ktoś gdzieś stwierdził, że podwyżkę VATu społeczeństwo przełknęło, podwyżkę akcyzy na paliwo też, ale jak rząd chce zabrać lolcaty, to wielkie zamieszanie. Tylko czy ten protest ma jakikolwiek sens?
Przez dłuższą chwilę próbowałem znaleźć informacje czemu ACTA jest złem. Bez problemu dotarłem do artykułu Vagli ze wskazówkami dla dziennikarzy o co pytać polityków. Znalazłem tam cały rząd zastrzeżeń dotyczących sposobu procedowania przy opiniowaniu ACTA. Co do samego ACTA na większości stron znalazłem tylko frazesy – że to cenzura, że odbiera prawa, że internauci do więzień i inne tego typu bzdury. Wiedząc jak wyglądają internetowe protesty, od razu zapaliła mi się żaróweczka ostrzegawcza. Zacząłem grzebać dalej. I co? I… w sumie to w kontekście ogólnego krzyku, niewiele.
ACTA, czyli Anti-Counterfeiting Trade Agreement, to porozumienie kilku państw (aktualnie ACTA podpisało 8 państw, dwa kolejne + Unia Europejska jeszcze się wstrzymały) w kwestii ustalenia standardów walki z towarami podrobionymi, a w ogóle – własnością intelektualną. Wymaga wprowadzenia pewnych rozwiązań prawnych, które powinny wprowadzić państwa-sygnatariusze, a niektóre sugeruje.
Cóż… nie mam pojęcia. Nigdzie nie widziałem informacji na temat korzyści z podpisania tego aktu. Minister Boni zajmował się jedynie kontrowaniem argumentów przeciwników, natomiast czemu byśmy mieli być zainteresowani dołączeniem do grupy ACTA – nie powiedział. Według zwolenników ACTA, podpisanie tego porozumienia nie spowoduje konieczności wprowadzenia żadnych zmian w polskim prawie. Tylko w takim razie po co to podpisywać, i jak zwolennicy (chyba tylko wydawcy płyt i część artystów) mogą teraz głośno twierdzić, że ta umowa spowoduje podwyższenie standardów ochrony ich własności intelektualnej? Jak coś, co nic nie zmienia, sprawi, że im będzie lepiej?
Pomijając całą zadymę wokół sprawy, zastrzeżenia prawne co do ACTA dotyczą w większości faktu, że ACTA jest przestarzałe, nie wnosi nic nowego, i tylko utrwala stary system, nie przystający do doby Internetu. Nie trudno dopasować fakty komu taka sytuacja jest na rękę: RIAA czy MPAA (amerykańskie zrzeszenia przemysłu odpowiednio muzycznego i filmowego), zajmujące się w imieniu wielkich korporacji procesowaniem się z piratami, ochoczo podają naciągane wyliczenia pokazujące, że jak ktoś ściągnął płytę, to jest to równoznaczne ze utratą przychodów firmy o cenę płyty, gdyż gdyby jej nie ściągnięto z internetu, to na pewno ta sama osoba by kupiła tą płytę w sklepie. Co więcej, ACTA sankcjonuje wyliczenia wzięte z czapy, sugerując że sądy muszą brać pod uwagę “przedstawionego przez posiadacza praw jakiegokolwiek zgodnego z prawem obliczenia wartości, które może obejmować utracone zyski, wartość towarów lub usług, których dotyczy naruszenie”.
Hołdys czy Kora głośno krzyczą, że bez ACTA będą biedni, ale jakoś nie mają nic na poparcie swoich tez – jedynie stwierdzenia, że ich płyty coraz gorzej się sprzedają, ale może to powinno im dać nieco do zastanowienia w innym kontekście.
Konrad Gliściński z Katedry Prawa Cywilnego UJ napisał ciekawą opinię na temat ACTA, patrząc z punktu widzenia prawnika. Już na samym początku można przeczytać, że już w preambule stosowane są stwierdzenia będące co najmniej nadużyciem, analogicznym do tych stosowanych przez przemysł fonograficzny, sugerujące, że prawa autorskie mają kluczowy wpływ na wzrost gospodarczy, na co nie ma żadnych dowodów.
ACTA samo w sobie nie narzuca żadnych zmian Polsce, gdyż, jak wiele osób zauważyło, nasze prawo autorskie jest bardziej restrykcyjne niż zapisy tej umowy, jednak kreuje kierunki rozwoju prawa, oraz sugeruje kierunki interpretacji sądowej. We wspomnianej wyżej analizie podany jest przykład sugestii, że karane powinno być nagrywanie filmów w kinach. Jest to jedynie sugestia, jednak taka sugestia może być podparciem wyroku sądowego w kwestii dozwolonego użytku (jeśli ACTA sugeruje penalizację takiego zachowania, to wykracza to poza dozwolony użytek). Problemem jest też fakt, że zapisy ACTA chronią w zasadzie wyłącznie koncerny, natomiast nie gwarantują zwykłemu obywatelowi dostępu do dóbr intelektualnych, jak to robi w Polsce np. prawo o dozwolonym użytku. Nie ma równowagi między ochroną a dostępem.
Trzy kwestie z tego porozumienia trzeba podkreślić: odpowiedzialności karnej, domniemania niewinności, oraz ochrony danych osobowych.
W prawie Unii Europejskiej naruszenie dóbr niematerialnych nie powoduje odpowiedzialności karnej, co z kolei jest przewidywane przez ACTA. Brak jest proporcjonalności kary do występku – tutaj warto przywołać przykład podawany w USA w czasie walki o zablokowanie SOPA, pokrewnego aktu: “Za wrzucenie do internetu piosenki Michaela Jacksona dostałbyś 5 lat więzienia – o rok więcej niż człowiek, który przyczynił się do jego śmierci.”
W kwestii domniemania niewinności aż zacytuję cały artykuł Aktu, bo to chyba najlepiej zilustruje problem:
Każda strona przyznaje swoim organom sądowym prawo zastosowania środków tymczasowych bez wysłuchania drugiej strony w stosownych przypadkach, a szczególności, gdy jakakolwiek zwłoka może spowodować dla posiadacza praw szkodę nie do naprawienia lub gdy istnieje możliwe do wykazania niebezpieczeństwo, że dowody zostaną zniszczone (…) Każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo do podejmowania natychmiastowego działania w odpowiedzi na wniosek o zastosowanie środków tymczasowych
To chyba można pozostawić bez komentarza.
Wymogi w kwestii ujawniania danych osobowych skrytykowało nawet GIODO. ACTA zawiera zapis na mocy którego “posiadacz praw” może zażądać przekazania mu danych osobowych osoby podejrzewanej o naruszenie jego praw własności intelektualnej, włączając w to informacje dotyczące dowolnej osoby zaangażowanej w jakikolwiek aspekt naruszenia lub podejrzewanego naruszenia oraz dotyczące środków produkcji lub kanałów dystrybucji towarów lub usług stanowiących naruszenie lub co do których zachodzi podejrzenie naruszenia, w tym informacje umożliwiające identyfikację osób trzecich, co do których istnieje podejrzenie, że są zaangażowane w produkcję i dystrybucję takich towarów lub usług, oraz identyfikację kanałów dystrybucji tych towarów lub usług – czyli wszystkich i jego babcię też. Bez wyroku. “Przynajmniej dla celów zgromadzenia dowodów”.
ACTA jest dokumentem bardzo ogólnym, nie zawierającym definicji własności intelektualnej. Dotyczy i metki z logo Nike, i leków generycznych. I właśnie przez to nakładanie na siebie przez Państwo ograniczeń, jest złe. Bo przez nieograniczone niczym stwierdzenia odcina się np. akceptację możliwości stosowania leków generycznych (czyli o takim samym składzie jak leki opatentowane, ale bez “metki”) w krajach trzeciego świata. Dodatkowo akty międzynarodowe mają pierwszeństwo przed ustawami.
Jeszcze kilka ciekawostek z ACTA:
Największe zastrzeżenia budzi to, w jaki sposób postępowały prace nad ACTA. Prace te były trzymane w tajemnicy od samego początku, czyli roku 2006. Co nieco wyciekło w roku 2008, poprzez WikiLeaks. Wtedy też niektóre, najbardziej kontrowersyjne zapisy, zostały złagodzone (swoją drogą ciekawe co by było, gdyby sprawa nie wyszła na światło dzienne). Negocjacje trwały dalej, i dalej były niejawne. Co więcej, na pytanie organizacji pozarządowych o możliwość konsultacji, dostali odpowiedź odmowną, bo sprawa jest niejawna. Dalej sprawa była przepychana bocznymi drogami – np. informacja o przyjęciu porozumienia przez Radę Unii Europejskiej znalazła się na stronie 43 komunikatu prasowego na temat rolnictwa i rybołówstwa.
W polskim rządzie nie było lepiej – konsultacje między ministerstwami były prowadzone w trybie obiegowym, rozpoczętym na chwilę przed reorganizacją rządu, przez co dokument nie trafił do ministerstw, których w poprzedniej kadencji po prostu nie było.
Aktualnie rząd prze do podpisania dokumentu w Tokio 26 stycznia, pomimo tego, że ACTA zobowiązuje państwa do podpisu do 31 marca 2013 roku. Ale nasz rząd jest na tyle łaskawy, że planuje rozpocząć akcję informacyjną, tyle że po podpisaniu Aktu – tłumaczy się, że ACTA będzie musiała zostać jeszcze ratyfikowana przez Parlament, więc wcale nie jest za późno na tłumaczenie zalet umowy. Mnie ciekawi jednak, że tłumaczenia ze strony ministrów koncentrują się na odpieraniu zarzutów, a nie informowaniu jak konkretnie podpisanie ACTA poprawi sytuację twórców – wręcz przeciwnie, podkreślane jest, że ACTA absolutnie nic nie zmieni.
Czy ACTA jest złym dokumentem? Tak, bo utrwala stare zasady, przekłada stare ustawodawstwo dotyczące materialnych towarów na “rynek” internetowy, a do czego to prowadzi wszyscy wiedzą. Tak, bo ogranicza swobodę państwa. Tak, bo jest bardzo ogólna, a dotyczy tematu zawierających wiele rzeczy wyjątkowych dla poszczególnych rynków (do jednego worka wrzucane są leki, oprogramowanie, trampki i piosenki). Tak, bo łamie pewne zasady: domniemania niewinności (zajmowanie a priori sprzętu, przekazywanie danych osobowych firmie/osobie skarżącej), równowagi prawnej między odbiorcą a twórcą.
Czy jest to powód do paranoi, że zaraz wszystkich pozamykają za wklejanie lolcatów? Nie.
ALE. Na mocy postanowień ACTA możliwy jest taki oto wyolbrzymiony scenariusz: z sieci BitTorrent ściągasz nowy system Ubuntu (całkiem legalnie – system jest darmowy). Universal Music, widząc ruch na torrentach, uznaje że piracisz, i rozpoczyna działania w myśl ACTA: rekwirują ci cały sprzęt (w myśl art. 12 ACTA), wyciągają dane osobowe o całej rodzinie i znajomych z fejsa (w myśl uogólnienia “dowolnej osoby zaangażowanej w jakikolwiek aspekt (…)” – art. 11 ACTA) i przekazują od razu do Universal (art. 11 ACTA). Przegrywasz, bo na pewno coś znajdą na kompie (chociażby bufor przeglądarki – tutaj szczególnie widać niedostosowanie starych uregulowań do aktualnych czasów, kiedy to żeby obejrzeć cokolwiek w Internecie trzeba to ściągnąć na dysk, czyli – skopiować), musisz zapłacić wyssane dane na podstawie jakiegokolwiek wyliczenia, jakie tylko Universalowi przyjdzie do głowy (art. 9 ACTA), i musisz zapłacić gażę amerykańskiego prawnika, który reprezentował Universal (art.9 pkt 5).
Jakkolwiek jest to przekoloryzowana historyjka, jest możliwa.
Nie jestem prawnikiem. Chciałem po prostu uzyskać kompetentne informacje a nie medialną i fanatyczną papkę. A co konkretnego znalazłem – przepisałem dla potomności. Jeśli w jakimkolwiek miejscu się mylę, proszę o informacje, poprawię.
Edit:
W Wyborczej Jacek Żakowski pyta: ”Kiedy dowiedzieliście się państwo, że istnieje coś takiego jak ACTA?”.
To jest źle postawione pytanie. Pytanie brzmi: kiedy Jacek Żakowski powiedział czytelnikom, że istnieje coś takiego jak ACTA? Dzisiaj. A kiedy powinien był to zrobić? 4 lata temu. Prace nad ACTA nie trwają od tygodnia. O tym, że ten szemrany proces się toczy było wiadomo od 4 lat. Dla dziennikarzy to powinien być powód do wstydu, że obudzili się z ręką w nocniku. Jacek Żakowski nie powinien pytać, kiedy się ludzie o ACTA dowiedzieli. On powinien się tłumaczyć, dlaczego wcześniej nie zwrócił na to ich uwagi. Dlaczego wcześniej jako dziennikarz nie zajął się tym, że proces stanowienia prawa wygląda w Polsce tak mrocznie, jak wygląda.
No i druga rzecz: wina nie leży tylko po stronie dziennikarzy, ale też słabego społeczeństwa. Ludzie też mogliby czasem się zainteresować, co się w państwie dzieje. Narzędzia są. I co? Klops. Czy mi się tylko wydaje, czy cały społecznościowy raban zaczął się, kiedy wyłączono megaupload i nie można było wieczorkiem ściągnąć serialu? Żeby nie było, że jestem gołosłowny, u Vagli pierwszy wpis o ACTA miał miejsce w maju 2008. Był czas, żeby protestować? Był.
Ostatnio przemigrowałem z tgt na nowy, lepszy, wbudowany w jądro LIO. Chodzi o cel SCSI. Po robocie odsunąłem się od monitorów, spojrzałem na stary config, spojrzałem na nowy i naszła mnie refleksja.
Czy przejście z takiego sposobu konfigurowania:
vendor_id UTC FS Support
product_id Linux iSCSI
# Set the driver. If not specified, defaults to "iscsi".
default-driver iscsi
<target iqn.2010-08.com.fs.utc:dvdtmp>
backing-store /dev/mapper/sabretoothvg-iscsi.dvdtmp
</target>
<target iqn.2010-08.com.utc.fs:winxppp45client-stor1>
backing-store /dev/sabretoothvg/iscsi.winxppp45client-stor1
</target>
<target iqn.2011-02.com.utc.fs:esxi.local-space0>
backing-store /dev/sabretoothvg/iscsi.esxi.local-space0
</target>
<target iqn.2011-02.com.utc.fs:fcoe.test0>
backing-store /dev/mapper/sabretoothvg-fcoe.test0
allow-in-use yes
</target>
na taki (uwaga, ściana tekstu):
#### Parameters for TCM subsystem plugin storage object reference python /usr/lib/python2.6/site-packages/rtsadmin/tcm_node.py --establishdev iblock_0/iblock0 /dev/sabretoothvg/fcoe.test0 python /usr/lib/python2.6/site-packages/rtsadmin/tcm_node.py --setunitserialwithmd iblock_0/iblock0 72ad13f0-c8d2-4d96-bffe-30f9cfc46f2f #### Parameters for TCM subsystem plugin storage object reference python /usr/lib/python2.6/site-packages/rtsadmin/tcm_node.py --establishdev iblock_1/gilbertus.swap /dev/sabretoothvg/iscsi.gilbertus.swap python /usr/lib/python2.6/site-packages/rtsadmin/tcm_node.py --setunitserialwithmd iblock_1/gilbertus.swap 7e05140f-6536-4813-a1a0-d9fdc3b7bca8 #### Parameters for TCM subsystem plugin storage object reference python /usr/lib/python2.6/site-packages/rtsadmin/tcm_node.py --establishdev iblock_3/esxi.local-space0 /dev/sabretoothvg/iscsi.esxi.local-space0 python /usr/lib/python2.6/site-packages/rtsadmin/tcm_node.py --setunitserialwithmd iblock_3/esxi.local-space0 5bcaffac-6da0-42b0-ad07-fe130609674 #### iSCSI Target Ports mkdir -p /sys/kernel/config/target/iscsi/iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd/tpgt_1/lun/lun_0 ln -s /sys/kernel/config/target/iscsi/iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd/tpgt_1/lun/lun_0/../../../../../../target/core/iblock_0/iblock0 /sys/kernel/config/target/iscsi/iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd/tpgt_1/lun/lun_0/6efd3cb027 lio_node --aluasecmd iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd 1 0 mkdir -p /sys/kernel/config/target/iscsi/iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd/tpgt_1/lun/lun_1 ln -s /sys/kernel/config/target/iscsi/iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd/tpgt_1/lun/lun_1/../../../../../../target/core/iblock_4/winxppp45client-stor1 /sys/kernel/config/target/iscsi/iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd/tpgt_1/lun/lun_1/1d6312ea35 lio_node --aluasecmd iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd 1 1 #### iSCSI Initiator ACLs for iSCSI Target Portal Group mkdir -p /sys/kernel/config/target/iscsi/iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd/tpgt_1/acls/iqn.1994-05.com.fedora:5f21153a55f echo 16 > /sys/kernel/config/target/iscsi/iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd/tpgt_1/acls/iqn.1994-05.com.fedora:5f21153a55f/cmdsn_depth mkdir /sys/kernel/config/target/fc #### fc Target Ports mkdir -p /sys/kernel/config/target/fc/20:00:00:23:ae:b2:f4:3b/tpgt_1/lun/lun_0 ln -s /sys/kernel/config/target/fc/20:00:00:23:ae:b2:f4:3b/tpgt_1/lun/lun_0/../../../../../../target/core/iblock_0/iblock0 /sys/kernel/config/target/fc/20:00:00:23:ae:b2:f4:3b/tpgt_1/lun/lun_0/b522dc7322
to naprawdę jakiś postęp? Powyżej to drobny fragment, całość ,,nowości'' ma prawie pół tysiąca linii i postać skryptu, który odtwarza ustawienia przez wykonanie wszystkich katalogów i dowiązań symbolicznych.
Do LIO dostępny jest targetcli, będący tak naprawdę kolorową nakładką na mkdir, ln i touch. Ja rozumiem, że wszystko jest plikiem, ale naprawdę zajęło mi pół godziny wpadnięcie na intuicyjny sposób określenia IP, na który jądro ma słuchać. (Tym sposobem jest utworzenie katalogu, dokładniej mkdir -p /sys/kernel/config/target/iscsi/iqn.2003-01.org.linux-iscsi.sabretooth.x8664:sn.aeee2b8d6fdd/tpgt_1/np/192.168.6.9:3260).
Plik konfiguracyjny jest dla mnie czymś solidnym. Skrypt zastępujący go setkami poleceniem powłoki sprawia wrażenie sznurka i taśmy klejącej.
Ciekawy tekst Jonaha Lehrera w „Wired”: Trials and Errors: Why Science Is Failing Us. Teza: stoimy obecnie przed zbyt złożonymi problemami, żeby dało się je rozwiązać przy pomocy redukcjonistycznej metodologii, jaką stosujemy, by się z tymi problemami zmierzyć. Oczywiście, Lehrer nie odkrywa Ameryki. Postęp naukowy polega na tym, że próbuje się robić coraz bardziej skomplikowane rzeczy i dlatego od lat rozwijana jest teoria systemów, teoria sieci, czy matematyka chaosu.
Jednak w praktyce wciąż stara, dobra metoda wyszukiwania prostych korelacji między zmiennymi stosowana jest najczęściej. Z założenia jednak nie jest doskonała. A w przypadku złożonych systemów można się zastanawiać, czy w ogóle jest adekwatna. Weźmy medycynę. W im bardziej skomplikowany sposób próbuje się ingerować w organizm człowieka – tym więcej to kosztuje, dłużej trwa, jest bardziej niepewne i ryzykowne, a do tego efekty są wątpliwe (znikomy wpływ na zwiększenie przewidywalnej długości życia).
Nie mówię tego z rezygnacją. Taki stan rzeczy powoduje, że nauka wciąż jest fascynująca i ma przed sobą wielkie przełomy i odkrycia, i to na najbardziej fundamentalnym poziomie samej Zasady/Metody. Chyba, że wcześniej zgładzą nas nieprzewidziane skutki stosowania obecnej metody naukowej, bo – jeśli rozejrzeć się dookoła, widać, że gramy all-in. A o tym, że możemy odejść od stołu z niczym, bo takich nieprzewidzianych skutków nie brakuje, jest tekst Lehrera. I dlatego poniżej rekonstruuję tok jego wywodu.
Obowiązuje tradycyjne ostrzeżenie: poniżej przedstawiam tok rozumowania autora omawianego tekstu, ale robię to po swojemu, swoimi słowami, czasem dodając coś od siebie; moim celem nie jest przetłumaczenie tekstu, tylko wyciągnięcie z niego tego, co mnie interesuje. Zaczynamy:
Patrz też:
by Trochej (noreply@blogger.com) at January 11, 2012 09:05 AM

Ryszard Kapuściński (źródło: http://kapuscinski.info)
Hombre Kapuściński Mirosława Ikonowicza. Jeszcze jedna książka o Ryszardzie Kapuścińskim. Gdy zabrałem się za lekturę, P. spojrzała krzywo i powiedziała: Po co czytać TAKIE książki, skoro do przeczytania jest tyle wielkiej, światowej literatury? Dobre pytanie.
Książki Kapuścińskiego znam całkiem nieźle. Dzięki temu, że je znałem – zdałem pisemną i ustną maturę, a także dostałem się na studia. Uważam, że mój styl pisania (bycia, myślenia) jest do pewnego stopnia tą znajomością naznaczony. Ale dwie sprawy związane z Ryszardem Kapuścińskim, jego książkami i tym, co się o nim i o nich mówi, od dawna mnie intryguje/irytuje.
Po pierwsze – w książkach RK jest mnóstwo białych plam, zagadnień nieopisanych, pominiętych (część z woli autora, a część ze względu na uwarunkowania, w jakich przyszło mu pisać). Po drugie – RK już za życia był poddawany wazeliniarskim zabiegom upomnikawiającym i autorytetotwórczym (co wiązało się z zamiataniem wielu ciekawych pytań pod dywan).
I właśnie w nadziei, że część tych białych plam uzupełnię, że na część pytań znajdę odpowiedź – czytam TAKIE książki. Od czasów Po Nastaniu Bloga przeczytałem trzy: mizerne Prawdy ostateczne Ryszarda Kapuścińskiego Krzysztofa Mroziewicza (2008), wart uwagi Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego Jarosława Mikołajewskiego (2008), oraz epokowego Kapuścińskiego non-fiction Artura Domosławskiego (2010). Artur Domosławski zrobił to, czego nie zrobili inni: pokazał Kapuścińskiego bez zwyczajowej marynaty nadczłowieka i uberautorytetu oraz udowodnił, że jego książki da się nie tylko wychwalać, ale można próbować je również przemyśleć (niestety – sam Kapuściński wolał chyba być czytany i wychwalany niż przemyśliwany i dyskutowany).
A zatem – czy Hombre Kapuściński coś wnosi?
Tak. Mirosław Ikonowicz (ur. 1932; dziennikarz-ikona i korespondent PAP od 1953 roku; od 1952 znajomy, a później – przyjaciel RK) wykorzystuje swoje atuty: podobne do RK doświadczenia w dzieciństwie, wspólne studia, znajomość realiów pracy korespondenta w Afryce i Ameryce Południowej. Wiedzę o wyprawach Kapuścińskiego omawia też przez pryzmat obecnej wiedzy o wydarzeniach, które RK relacjonował (np. w oparciu o dane z odtajnionych archiwów).
Tłumaczy, między innymi, dlaczego (najprawdopodobniej) spełnił RK rolę pożytecznego idioty, gdy podróżował przez Boliwię śladami Che Guevary i gdy tłumaczył jego dziennik. Pokazuje mechanizmy, jakie mogły prowadzić do inscenizowania przed RK scen, w których wydawało się, że grozi mu niebezpieczeństwo, ale jakimś cudem wychodził z nich cało. Właśnie to dodawanie kontekstu (do dzieciństwa, do studiów, do pracy w PAP oraz do pracy na placówce) stanowi główną wartość książki.
Gdy zobaczyłem Hombre Kapuścińskiego po raz pierwszy, miałem spore obawy. Po pierwsze – że będzie to mdła przyjacielska laurka-literaturka. Po drugie – odrzuciło mnie motto z… Paulo Coelho. Gdyby Mirosław Ikonowicz utrzymał ton uduchowionych literackich balsamów z (trafnego) cytatu zapożyczonego od natchnionego Brazylijczyka – byłby wielki niewypał. Tak się na szczęście nie stało.
Mimo tego, Mirosław Ikonowicz nie uniknął powtarzania pewnych mitów związanych na przykład z legendarnym sprawdzaniem przez RK każdego faktu w różnych źródłach (por.: s. 227), ale jest ich na tyle niewiele, że nie jest to natarczywe (choć ich ilość rośnie im bliżej końca książki).
Być może byłoby gorzej, gdyby nie powstała książka Artura Domosławskiego. Ale ponieważ Domosławski zrobił to, co zrobić należało, Mirosław Ikonowicz mógł bez skrępowania i bez obalania tabu pisać na przykład o szczerym młodzieńczym zaangażowaniu Kapuścińskiego w Związku Młodzieży Polskiej, czy o trudnych stosunkach z córką.
Na koniec – anegdota (w książce jest ich sporo). W Angoli obydwaj – przy różnych okazjach – otarli się o śmierć. Udało im się jednak przeżyć i wrócić do Polski:
…spotkaliśmy się na opłatku redakcyjnym z naszym szefem i przyjacielem Michałem Czarneckim. Zwierzaliśmy się Michałowi, że bywały w Afryce różne sytuacje, ale człowiek zawsze się pocieszał: w razie czego przynajmniej rodzina będzie miała dobrze, dostanie spore odszkodowanie. Jakoś nigdy o to nie pytaliśmy kierownictwa, ale wydawało nam się oczywiste, że jesteśmy dobrze zaasekurowani przez Agencję, podobnie jak nasi zachodni koledzy jeżdżący do Afryki w charakterze korespondentów wojennych. Michał na to:
- Goście, w ogóle nie byliście ubezpieczeni! (Ikonowicz 2011: 177)
Ikonowicz, Mirosław. 2011. Hombre Kapuściński, Warszawa: Rosner i Wspólnicy sp. z o.o.
Nowy Rok zaczął się całkiem przyzwoicie – od lektury świetnego tekstu Krzysztofa Łozińskiego o Korei Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila. Koniecznie należy przeczytać całość, a tymczasem – dwa cytaty związane z „porządkiem” społecznym panującym w Korei Północnej:
Gazet nie wolno wyrzucać. Trzeba je składać do specjalnej teczki i co miesiąc oddawać. W ten sposób, po kolejnym zakręcie historii, władze mogą wydrukować nowe wersje starych gazet i mieć pewność, że nikt nie zachował oryginału (źródło: StudioOpinii.pl).
I drugi:
Procesy sądowe są tylko dwóch rodzajów: tajne i pokazowe. Podstawy wyroku nikt nie zna, bo kodeks karny jest tajny. Bywa, że tajny jest także akt oskarżenia, i podsądny nie wie, za co i na jakiej podstawie jest sądzony. Bardzo często orzekana jest kara śmierci, lub „kara śmierci do trzeciego pokolenia” obejmująca zbiorowo całe rodziny (źródło: StudioOpinii.pl).
Nie o Koreę mi jednak chodzi. Krzysztof Łoziński zaczyna tekst od krytyki telewizyjnych gadających głów, rozpowszechniających rozmaite brednie o Korei Północnej. Wspomina między innymi banialuki wypowiadane przez Krzysztofa Mroziewicza, publicystę „Polityki” i wykładowcę Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.
Fenomen Krzysztofa Mroziewicza (rozumiany tutaj jako pochlebne opinie wielu znaczących osób, zatrudnienie na UW, artykuły w necie zatytułowane np. Rekordowa liczba uczestników na wykładzie Krzysztofa Mroziewicza i możliwość wydawania książek, na które szkoda papieru), jest dla mnie zagadką (no, dobra, kokietuję – nie jest). Pisałem już – krytycznie – o jego dwóch książkach (1, 2). Niejednokrotnie dziwiłem się treści jego tekstów publikowanych w „Polityce”.
Czy moja negatywna opinia o Krzysztofie Mroziewiczu, na tle powszechnego uznania, jakim jest obdarzany, oznacza, że oszalałem? Nawet jeśli tak, to pocieszam się, że nie jestem sam. Świadczy o tym tekst Krzysztofa Łozińskiego, czy miażdżąca recenzja jednej z książek Mroziewicza, autorstwa Piotra Balcerowicza z UW. Recenzję Balcerowicza polecam równie mocno jak tekst Łozińskiego i odwrotnie proporcjonalnie do płodów Mroziewicza.
Od czasu, gdy Horacy powiedział exegi monumentum, trwają nieprzerwane dyskusje o tym, komu i jakie monumentum się należy. Debatują na ten temat również starsze panie ze Słowackiego:
- Pani widziała, jaki ona mu mały ten nagrobek!… Kto to widział, taki nagrobeczek!
*
Kobiety wyładniały i zrobiły się całkiem jednakowe. Nie mogę się opędzić od podejrzenia, że wytwarzają je w ogromnych fabrykach kosmetycznych, taśmowo, po kilka tysięcy dziennie. Są coraz doskonalsze. Istnieją już nawet takie, które umieją mówić, ale ten typ ma mniejsze powodzenie (Márai 2011: 181).
Brzmi aktualnie? Márai napisał to w 1933 roku.
Produkowałem ostatnio tyle słów za pieniądze (z krótką przerwą na Wigilę), że na pisanie nie starczało już sił. Czas trochę nadrobić. Szkicownik otworzył się na przedświątecznej notce z drogi do Wiednia. Niech będzie.
*
W 12 godzin można dotrzeć z Polski pod palmy Kapsztadu, w cień wieżowców Nowego Jorku, lub w sam środek tłumu przelewającego się przez ulice Pekinu. Mi w 12 godzin udało się dotrzeć do Ołomuńca w Czechach, 60 kilometrów od polskiej granicy. Dlatego zmysły wyczuliłem na lokalną egzotykę.
Toruń – Wrocław. W przedziale pan po pięćdziesiątce, kobieta w średnim wieku i ja.
- Gdzie pani jedzie? Też do Wrocławia? – pyta pan.
- Do Poznania.
- Aaa… do Poznania. Lepszy rydz niż nic.
Wchodzi konduktor, prosi o bilety. Podaje pan Rydz. Konduktor ogląda bilet i legitymację.
- Pan jest niewidomy?
Pan Rydz patrzy zdziwiony na konduktora:
- Oczywiście – i wyciąga z reklamówki dodatkowe dokumenty.
Konduktor ogląda podejrzliwie, po czym podbija bilet i wychodzi.
- Nic nie ufają, wszystko muszą sprawdzić, niewierne Tomasze! – komentuje zdegustowany pan Rydz.
W Lesznie dosiadają się dwie kobiety. Udaję, że śpię, głowę mam zakrytą kurtką. Jedna z pań mówi:
- Bo ja w podróży to nie mogę tak bezczynnie siedzieć, coś muszę czytać! O, tu może od pana sobie książkę pożyczę! – po czym zabiera mój przewodnik po Wiedniu i zaczyna go studiować tak pilnie, jakby właśnie się tam wybierała.
Pan Rydz gani:
- Mówi się, że nie wypada czytać w towarzystwie.
W Rawiczu długi postój. Niewidomy pan Rycz wychodzi na obchód, po czym wraca i stwierdza:
- Ani po jednej, ani po drugiej stronie nic nie widać, tylko konduktory chodzą i rozmawiają.
W końcu ruszamy. Już pod Wrocławiem kobieta oddaje mi książkę i mówi:
- Ale ciekawa ta historia Australii, jak sobie tak człowiek odświeży!
Przytakuję.
Później trasa Wrocław – Ústí nad Orlicí – Olomouc. W Wiedniu na następny dzień. Do Australii może kiedy indziej.
Mój zakład pracy nieopatrznie kupił mi pakiet Adobe’a w polskiej wersji językowej. Początkowo myślałem “a, jakoś to będzie”, ale nie, to jest nie do przełknięcia. Nie mogę nic znaleźć w menu, a niektóre tłumaczenia sprawiają, że krwawią mi oczy.
Ogólnie rzecz biorąc, nie ma opcji żeby normalnie i legalnie zmienić język na angielski. Można oczywiście sobie wykupić upgrade, co pozwala na zmianę języka (np. można nałożyć angielski upgrade na polską wersję bazową), ale mam pakiet w najnowszej wersji, więc odpada (pomijam już kwestie finansowe).
Ale jest kilka opcji nienormalnych. Nie widziałem rozwiązania dla całego pakietu, ale znalazłem jak zmienić język w trzech najbardziej mnie interesujących programach (z resztą jakoś przecierpię do upgradu): Photoshop, Illustrator, InDesign.
Należy usunąć lub zmienić nazwę pliku c:\Program Files (x86)\Adobe\Adobe Photoshop CS5.1\Locales\pl_PL\Support Files\tw10428.dat
Należy usunąć lub zmienić nazwę katalogu c:\Program Files (x86)\Adobe\Adobe Illustrator CS5.1\Support Files\Contents\Windows\pl_PL
W edytorze rejestrów (regedit) należ odszukać klucz HKLM/SOFTWARE/Wow6432node/Adobe/InDesign/6.0/User Interface Locale Setting i zmienić jego wartość na 02 (10 oznacza język polski, 02 to International English).
Wszystkie przykłady dla Windows 7 64bit
The actors stopped ranting before Peter had finished his shower. Wang-mu did not notice. She did notice, however, when a voice from the holoview said, "Would you like another recorded selection, or would you prefer to connect with a current broadcast?"
For a moment Wang-mu thought that the voice must be Jane; then she realized that it was simply the rote menu of a machine. "Do you have news?" she asked.
"Local, regional, planetary or interplanetary?" asked the machine.
"Begin with local," said Wang-mu. She was a stranger here. She might as well get acquainted.
Orson Scott Card, ”Children of the Mind” (1996)
Siri, anyone? :-)
Capote Geralda Clarke’a. Najbardziej wciągająca książka, jaką przeczytałem w tym roku. Dziwny człowieczek, mały duszek, przyjeżdża z prowincji do Nowego Jorku i w krótkim czasie szturmem podbija kręgi towarzyskiej śmietanki. Zapraszają go wszędzie: do swoich willi rozsianych po świecie, na rauty i ekskluzywne bale, do samolotów i na jachty. Jest świetnym rozmówcą i szybko staje się powiernikiem sekretów kobiet ze świecznika (choć sypia tylko z mężczyznami). Jednocześnie odnosi oszałamiający sukces literacki: wydawnictwa płacą mu za książki, których nawet jeszcze nie ma w planach. I gdy w końcu dociera na sam szczyt – od razu zaczyna błyskawicznie staczać się na dno. Popada w alkoholizm i lekomanię, angażuje się w wyniszczające związki i wyczerpujące projekty, wciąga w skandale swoich przyjaciół i ich sekrety. Niszczy wszystko.
Jeśli ta książka jest tak cholernie dobra, to w dużej mierze właśnie dlatego, że życie Capotego było gotową opowieścią. Przytoczę jedną kapitalną anegdotę o tym, jak poznał Babe i Billa Paleyów (ona – ikona stylu lat 50.; on – twórca potęgi CBS):
David i Jennifer Selznickowie dostali zaproszenie na długi weekend w letnim domu Paleyów w Round Hill na Jamajce. „Czy masz coś przeciwko temu, że weźmiemy ze sobą Trumana?” – spytał David Billa Paleya. „Nie, oczywiście, że nie” – odparł Paley. „Będziemy zaszczyceni”. Wczesnym rankiem pewnego chłodnego dnia Truman znalazł się na pokładzie prywatnego samolotu Paleyów i został przedstawiony tej złotej parze. Bill wydawał się zaskoczony, gdy zobaczył, że wsiada do jego samolotu, a za nim ciągnie się nieodzowny długi szal. Dopóki samolot nie wystartował, nie powiedział ani słowa. Gdy już byli w powietrzu, zwrócił się do Davida:
- Wiesz, kiedy powiedziałeś: „Truman”, sądziłem, że masz na myśli Harry’ego Trumana. KTO to jest?
- To jest Truman Capote, nasz wielki pisarz – odparł David. (Clarke 2008: 296)
I w ten oto sposób Capote, wzięty omyłkowo za prezydenta Stanów Zjednoczonych, poznał ludzi, przed którymi wszystkie drzwi – których nie zamykano przed Żydami – były otwarte (a oni pozwolili Capotemu przez nie przejść).
Jest jeszcze jeden powód, dla którego ta książka wypełniała mi każdą minutę między jednym brakiem czasu a drugim: Clarke wykonał naprawdę monumentalną pracę. Z samym Capotem prowadził wywiady przez 10 lat. Rozmawiał z ludźmi, którzy go otaczali, łącznie z tymi, którzy mieli wszelkie powody, by Capotego nienawidzić (a Capote ciężko pracował, by tych było jak najwięcej). Czytał ich dzienniki i listy. Wszedł wszędzie, gdzie jako biograf mógł wejść.
Dlatego to nie jest tylko biografia Capotego. To jest biografia elitarnych kręgów lat 50., 60. i 70., przede wszystkim gwiazd i bogaczy, ale też redaktorów, profesorów i polityków. To biografia pewnej epoki, świata Franka Sinatry i Marilyn Monroe, włoskiego rodu Agnellich i rodziny Kennedych. To biografia świata „łabędzic”: Glorii Guinness i – wspomnianej już – Babe Paley. Świata, w którym dziś pływa się po Morzu Śródziemnym, jutro je się kolację z rodziną królewską w Londynie, pojutrze ląduje się w rezydencji gdzieś we Włoszech, następnego dnia urządza się wystawne przyjęcie w Nowym Jorku, a później – jedzie się wypocząć do Palm Springs.
Brzmi bajkowo? W tym rzecz, że to nie jest historyjka jak z kolorowego tygodnika. Już biografia Capotego pokazuje, jak działa ten mechanizm: szybko odnosi się sukces, ale nim się człowiek zdąży rozejrzeć, jak świat wygląda ze szczytu – już leci się w dół. I dlatego te wszystkie postaci pojawiają się w biografii w blasku sławy, by za chwilę pogrążyć się we własnych kłopotach i ustąpić miejsca kolejnym pchającym się na górkę. Na pięciuset stronach pojawiają się ludzie piękni, bogaci, sławni i genialni – ale nie ma tu ludzi szczęśliwych. Wszyscy są jak kolibry, które piją nektar, ale nie widzą, jak piękny jest sam kwiat.
Wracając do Capotego: nie miał w życiu łatwo. Ale to nie jest powód, żeby z nim sympatyzować. Clarke doskonale zachował proporcje między uwzględnieniem trudnego dzieciństwa Capotego i toksycznych relacji z rodzicami, a opisem jego megalomańskiego, dwulicowego, napędzanego zazdrością i złymi emocjami charakteru. Dzięki temu napisał taką biografię, jakie najbardziej lubię: nie starał się, aby czytelnik mógł Capotego polubić, lub znielubić, lecz starał się, aby mógł go zrozumieć. Wielka książka.
PS. Zdjęcia Capotego załączam nie przez przypadek. To jeden z pierwszych pisarzy-celebrytów, który rozumiał i potrafił wykorzystać potęgę fotografii do swoich celów. Polecam też zdjęcia Babe Paley: miała kobieta gust. Gdyby tak wyszła z tych fotografii i przeszła się dzisiaj po mieście, nikt by nie zauważył, że chodzi w ciuchach sprzed 50-60 lat. Co nie znaczy, że przeszłaby niezauważona.
Clarke, Gerald. 2008. Capote, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy.
Trzeba kogoś z dużą wyobraźnią i pomysłowością, żeby przewidzieć przyszłe problemy, wymagania i przygotować się do nich. Trzeba odwagi, żeby zejść z utartej ścieżki i zaproponować radykalne rozwiązania. A, jeszcze trzeba być niezłym programistą, żeby wcielić to w życie.
Natomiast nie trzeba nic umieć, by napisać taką petycję: Lennart Poettering: Stop writing useless programs - systemd, Journal. Do tego trzeba mieć tylko zamknięty, prymitywny umysł i cainofobię:
Lennart, come out from Linux please. You aren't necessary.</>
Powyższy komentarz pokazuje dobitnie jak bardzo niektórzy nie rozumieją reguł gry. I jak niepotrzebnie trwonią bity, od takich jednostek absolutnie nic nie zależy. Dystrybucje Linuksowe, a szerzej środowisko free software to przykład doskonale działającej merytokracji. Robisz = rządzisz. Zyskujesz respekt i wpływ. Narzekasz i produkujesz stop energy = znikasz w szumie tła.
Programy pisane przez Lennarta znajdują się w każdej dystrybucji Linuksa i poza nimi. I chociaż nie wszyscy dystrybutorzy radzą sobie z nimi, to jednak rozwiązują pewne problemy i są potrzebne. Nie pojawiają się znikąd — ktoś podejmuje decyzję o ich włączeniu.
Dystrybucje mają Komitety Techniczne (fedorowe FESCo, Technical Board w Ubuntu, openSUSE Board) nadające kierunek rozwoju. Zasiadają w nich ludzie z szerokim doświadczeniem i uznaniem społeczności. Osoby, które rozumieją i mają wiedzę pozwalającą stwierdzić: tak, w nowoczesnym systemie potrzebne jest avahi, systemd, nss-myhostame, pulseaudio, rtkit, libcanberra, nss-mydns itd. Są problemy, są braki, są na nie rozwiązania, to jest właściwa droga.
Drastyczne zmiany generują olbrzymi opór. Ostatnie dwa artykuły o
Journal wywołały na spokojnym zazwyczaj LWN dyskusje na ponad 200 oraz ćwierć tysiąca komentarzy. Większość to biadolenie osób nie rozumiejących po co i dlaczego takie rozwiązanie jest proponowane. Zaraz za nimi Ci trochę sprytniejsi, ale reagujący na postęp jak autystyk na przemeblowanie pokoju. Nowe ficzery są spoko do momentu, jak trzeba się nauczyć czegoś nowego. W tym momencie zagrożona jest samopodtrzymywana opinia wszystkowiedzącego guru.
A głosy ,,to jest kopiowanie foobar''? Otóż na pewne potrzeby istnieją jakieś optymalne rozwiązania, więc nic dziwnego, że różni ludzie dochodzą do tych samych wniosków. Ale świat się wali, gdy wcześniej podobne mechanizmy zostały np. zaimplementowane przez Microsoft w Windows. Świętokradztwo, tam nie może być nic dobrze! Efektem jest więc robienie hałasu.
A najlepsi są w tym nastoletni programiści PHP używający Gentoo lub Archa, strzelający hejtspiczem we wszystko, czego nie potrafią ogarnąć. Zagorzałe dyskusje (patrz flame'y) są normalnym elementem działania naszego światka. Z niektórych nawet wynikają cenne uwagi. Większość to niestety mącenie wody przez osoby, od których i tak nic nie zależy. Ostatecznie to decyzje podejmie starszyzna, rozumiejąca przesłanki merytoryczne. A mały pies szczeka najgłośniej.
Sali samobójców jeszcze nie widziałem, ale czytałem kilka recenzji i czasem pojawia się tam wątek „dobra realność realnego świata” vs „zła wirtualność świata wirtualnego”. Dobrze wyraził to Logos Amicus na swoim blogu:
To prawda, że nasza ludzka skłonność uciekania (się) do świata iluzji i fantazji, tudzież do hipostazy i mitu, pomogła nam wynieść się ponad tę przyziemną biologiczną masę pozbawioną wyobraźni, ale też całkowity rozbrat z tzw. twardą rzeczywistością i namacalnym zmysłowo konkretem (jaki czasem z tym się wiąże), może się odbić jakąś paranoiczną czkawką, która wyrzuci nas poza nawias „normalnego” świata, w którym już zupełnie przestanie funkcjonować nasz rozum i rozsądek (źródło: Wizja lokalna).
Muszę przyznać, że mam z takim podejściem spory problem. Otóż wydaje mi się, że dobry realny świat został już tak kulturowo, cywilizacyjnie i technicznie obudowany, że przestał być i dobry, i realny. To, co jemy, to co ubieramy, to co nas otacza, relacje, w jakie wchodzimy, więzi, w jakie się angażujemy, role, jakie pełnimy, uczucia, jakie odczuwamy – wszystko to jest fikcja, surogat i sztuczność.
Jedzenie? Nie pamiętam, kiedy widziałem ostatni raz żywą kurę, choć czasem kupuję jakieś sine – ociekające jeszcze antybiotykami – mięso, które jest ponoć filetem z piersi kurczaka. Każdy z tych filetów, które kupiłem, był filetem kurczaka-olbrzyma, jakiego nigdy w REALNYM świecie by nie wyhodowano. Dalej: frytki jem zwykle z ketchupem, ale nie bardzo wiem, na czym polega REALNOŚĆ ketchupu. Co w tej mazi wystrzeliwującej z plastikowej butelki jest realnego? Mało tego, że nie wiem – wolę nie wiedzieć.
Rodzina? Sytuacja, w której rodzice wypruwają sobie żyły, żeby dziecko jak najdłużej mogło żyć w stanie niesamodzielności, nieprzydatności, braku siniaków na tyłku zadawanych przez życie i braku możliwości robienia czegoś, co ma znaczenie, to – z całym szacunkiem dla ciężko pracujących rodziców i dzieciaków duszących się w inkubatorach bezwoli – NIE JEST REALNE.
Przyjaźń? To marna podróbka poczucia więzów krwi wspólnoty pierwotnej; żart, a nie realność, jeśli porównać „przyjaźń” do, chociażby, poczucia wspólnoty ludzi, którzy razem przemierzają pustynię, pilnują, aby ogień nie zgasł, albo razem polują na zwierza (nie mówię tu oczywiście o NIEREALNYCH myśliwych uzbrojonych w swoje fuzje i inne pukawki).
Miasto? Miasto to pod każdym względem sztuczny świat. Prawdziwe są w nim tylko niewycięte jeszcze drzewa, psie kupy i to, że można zginąć z rąk silniejszego, choć i to prawdopodobieństwo zostało nierealnie zredukowane.
Spotkania w dyskotekach, pubach czy bibliotekach? To hiper-sztuczność, festiwal NIEREALNYCH relacji, więzi bez znaczenia, które urywają się od razu, gdy ma za nimi pójść jakiś wysiłek.
Ludzie? Zwykłe plastikowo-elektroniczne cyborgi: mówią sami do siebie, mają sztuczne piersi i sztucznie wyhodowane mięśnie, mają maski zamiast twarzy, patrzą przez szkła kontaktowe, uśmiechają się zębami z porcelany, mają sztuczne kości, rozruszniki, pozmniejszane żołądki, nieswoje nerki, w uszach aparaty słuchowe, a na zębach – korekcyjne. A co mają w mózgach, o czym myślą, co ich zaprząta? Ot, pierwsze z brzegu – reżyserowane spory polityczne, serialowa śmierć Hanki Mostowiak w wyniku zderzenia z kartonami i tym-razem-już-na-pewno-skuteczna-dieta-cud.
Oczywiście – wszystko, co powyżej napisałem, to tylko zbanalizowana kompilacja myśli wielu socjologów-narzekaczy, których bardzo za to narzekactwo nie lubię, ale którymi chyba jednak trochę przesiąkłem.
Teraz do wniosków!
Do czego dochodzimy, kiedy zestawimy opozycję „dobro i realność realnego świata” – „zło i wirtualność świata wirtualnego” z socjologicznymi utyskiwaniami na zmieniający się świat? Myślę, że dojdziemy do wniosku, że w obecnej sytuacji krytyka świata wirtualnego przez odwoływanie się do realności świata realnego nie ma sensu, bo o ile świat wirtualny faktycznie istnieje, o tyle świat realny nie jest tym, czym wydaje nam się, że jest.
Dojdziemy zatem do wniosku, że naszym problemem jest nie tyle wirtualność świata wirtualnego, co brak realności świata realnego. Czy filmowy Dominik uciekałby w świat wirtualny, gdyby miał poczucie realności otaczającego go świata tak-zwanego-realnego? Filmu nie oglądałem, ale myślę, że nie.
Czy zatem postuluję powrót do jaskiń? Nie, ale postuluję, aby w sporze „realność” – „wirtualność” pamiętać nie tylko o tym, że wirtualność jest coraz bardziej realna, ale też o tym, że realność już od dawna nie jest tak realna, jakbyśmy sobie tego życzyli.
Już wynosiłem ten numer Dużego formatu na korytarz, na Górę Makulatury, kiedy przypomniałem sobie, że w jednym z tekstów podkreśliłem pewne zdanie. Był to reportaż składający się z wypowiedzi dzieciaków chodzących do najdroższych w Polsce prywatnych szkół. Owo zdanie: Być bogatym to stan, w którym można zrobić o jeden krok mniej, żeby odnieść sukces (Michalewicz 2011: 3). Można spierać się, o ile kroków bogactwo redukuje drogę do sukcesu, ale sama intuicja – świetna.
*
Z tej samej Góry Makulatury – Eustachy Rylski o Iwaszkiewiczu: Jest to człowiek zakochany w życiu. To ono jest dla niego najważniejsze, cokolwiek by tam na nie wygadywał. Ja sam gustuję w życiu bardzo umiarkowanie, ale przepadam za pisarzami, którzy roztaczają przede mną jego blask — w wywiadzie z K. Masłoniem. Rz nr 243 z dn. 16-17 października 2010, s. P13.
*
Na PKP w Poznaniu:
- Pociąg do Kępna jest opóźniony 10 minut. Za zmianę peronu uprzejmie przepraszamy.